Blog z opowiadaniami o boys love, lub jak niektórzy inaczej nazywają o tematyce yaoi czyli miłości pomiędzy dwoma mężczyznami. Jeżeli nie lubisz tego typu rzeczy po prostu wyjdź. Resztę zapraszam do czytania rozdziałów. Lżejszą formą yaoi jest shounen-ai. Damessa

Statystyka

piątek, 26 czerwca 2020

1. Iskra z Itaewon

“To be able to smile, after giving you my everything.”

Telefon w kieszeni wibrował jak żywy organizm.
Nie odbierałem.
Każda wibracja była jak cios — przypomnienie, że świat wciąż chce ode mnie reakcji, wyjaśnień, przeprosin, skruchy. A ja nie miałem już nic do oddania.

Schody prowadzące z metra na powierzchnię Itaewon były mokre, śliskie, zalane światłem neonów odbijających się w deszczu. Zielone tablice kierunkowe wisiały nad głowami jak obietnice, z których żadna nie była dla mnie. Stałem pośrodku wyjścia, bez parasola, bez planu, bez przyszłości.

Niebo było nisko. Granatowo-szare, ciężkie, jakby miało mnie przygnieść do asfaltu. Deszcz uderzał o czarne szkła okularów, rozmazując obraz świata — i pozwoliłem mu to robić. Jeśli coś miało płakać, niech będzie to niebo. Ja już nie potrafiłem.

Wargi miałem pogryzione do krwi. Nie zauważyłem nawet kiedy. Każdy nerwowy ruch szczęki kończył się pieczeniem, ale ból fizyczny był niczym przy tym, co działo się pod żebrami.

Jak można umrzeć stojąc?
Jak można oddychać, kiedy serce jest w kawałkach?

Wszystko zwolniło.
Ludzie poruszali się jak przez wodę. Parasole mijały mnie jak czarne plamy. Jedynie muzyka w mojej głowie była nienaturalnie głośna.

The Black Skirts — Till the End of Time.

Znałem każdy wers. Każde słowo było wspomnieniem. Każde wspomnienie było nim.

Włosy przykleiły mi się do czoła i karku — mokre, ciężkie, lodowate. Ktoś mnie szturchnął ramieniem, ktoś inny rzucił szybkie 죄송합니다, ale nie reagowałem. Stałem bez ruchu, jakby jeśli się nie poruszę, świat zapomni, że istnieję.

Wiatr strącił mi płaszcz z ramienia. Zimno wdarło się pod materiał i rozlało po klatce piersiowej, aż odruchowo się skuliłem.

Itaewon.

Mój azyl.
Mój grzech.
Miejsce, w którym wszystko się zaczęło.

I miejsce, w którym wszystko się skończyło.

To tu zobaczyłem go po raz pierwszy. Stał pod światłem baru, z tym swoim nieufnym spojrzeniem, jakby świat był czymś, czemu nie można ufać. Pamiętałem dokładnie, jak wtedy na mnie spojrzał.

Podniosłem wzrok.

I zobaczyłem go.

Stał po drugiej stronie ulicy. Bez parasola. Dokładnie tak, jak zapamiętałem. Sylwetka, ruch ramion, sposób, w jaki odgarnął mokre włosy z czoła.

Serce zatrzymało mi się na ułamek sekundy.

— … — próbowałem powiedzieć jego imię.

Mrugnąłem.

Nikogo tam nie było.

Zrobiło mi się słabo. Kolana zadrżały.

Już zaczynam.
Już się rozpada.

Odepchnąłem się od barierki i ruszyłem przed siebie, zanim panika zdążyła mnie dogonić. Przechodząc przez ulicę, usłyszałem szept.

— …to on?

Zamarłem.

— To Jin…
— Niemożliwe…
— Przecież to on…

Ktoś chwycił mnie za rękaw płaszcza. Szarpnął.

— Hej! To ty, prawda?!

Serce eksplodowało mi w piersi.

— Puść mnie — wysyczałem, próbując się wyrwać.

Kolejna dłoń. Kolejna. Ktoś pociągnął mnie za kaptur. Ktoś inny krzyknął coś o obrzydliwości, o wstydzie. Słowa mieszały się z deszczem, z krwią pulsującą w uszach.

— Zrób zdjęcie!
— Zobaczcie go!
— Jak śmiesz?!

Ktoś mnie popchnął. Zachwiałem się, uderzając plecami o metalową barierkę. Ból przeszył kręgosłup, ale adrenalina była silniejsza.

Nie wiem, jak się wyrwałem.
Nie wiem, kogo odepchnąłem.
Pamiętam tylko, że biegłem.

Biegłem, jakby od tego zależało życie.


Lotnisko było koszmarem.

Światła zbyt jasne. Ludzie zbyt blisko. Każdy dźwięk za głośny. Każde spojrzenie podejrzane.

Czapka. Maseczka. Kaptur. Okulary.

Kamuflaż.

Drżały mi ręce, kiedy podawałem paszport. Kiedy kazali mi zdjąć okulary, poczułem, jak żołądek skręca mi się w supeł.

— Proszę zdjąć maseczkę.

Zrobiłem to.

Szepty.
Zatrzymane oddechy.
Czyjeś oczy rozszerzone ze zdumienia.

— To…
— Nie, przecież…
— Czy to nie…?

Oddali mi paszport. Bez słowa. Jakby bali się, że jeśli coś powiedzą, eksploduję.

Samolot oderwał się od ziemi.

Dopiero wtedy pozwoliłem sobie zapłakać.


Warszawa przywitała mnie ciszą, która bolała mniej niż krzyki.

Jedna walizka.
Jedno życie, które zostawiłem za sobą.

Drzwi apartamentu zamknęły się za mną głucho. Panorama miasta była obojętna. Nieruchoma. Bezpieczna.

— Jin-hoon!

Jej ramiona. Jej zapach. Jedyna stała rzecz w świecie, który właśnie się zawalił.

Wieczorem leżałem na kanapie, z jej głową na mojej piersi. Patrzyłem w sufit, nie widząc nic.

Łza spłynęła mi po policzku.

— Ji-soo… — wyszeptałem.

Uniosła się, patrząc na mnie uważnie.

— Tym razem… — głos mi się złamał. — Tym razem naprawdę wszystko spierdoliłem.

I to była prawda.




*

Dziękuje, że nadal tu ze mną jesteście po tych 6 latach nieobecności. To i inne opowiadania będą kontynuowane. Planuję również wiele innych.

Wasza D.

Popularne rozdziały