Blog z opowiadaniami o boys love, lub jak niektórzy inaczej nazywają o tematyce yaoi czyli miłości pomiędzy dwoma mężczyznami. Jeżeli nie lubisz tego typu rzeczy po prostu wyjdź. Resztę zapraszam do czytania rozdziałów. Lżejszą formą yaoi jest shounen-ai. Damessa

Statystyka

piątek, 5 marca 2021

Zwą mnie księciem Slytherinu - 007



7. Myślodsiewnia


"Odsiewa się po prostu nadmiar myśli z umysłu, strząsa do tego zbiornika i bada je w wolnym czasie. Łatwiej jest dostrzec ich ukryty sens i powiązania, kiedy są w tej postaci".


Jedna myśl bardzo nie dawała mi spokoju. Stąd też moje kroki skierowały się do łazienki, gdzie za pomocą różdżki wyczarowałem zwierciadło, wysuwające się zza tego normalnego, o którym wiedziała Ginny. Dzierżąc różdżkę w dłoni, wyjąłem powód całego dochodzenia. Delikatny niczym duch, wiązka światła wydobyła się z głowy i kierowana kawałkiem drewna opadła do kamiennej misy umywalki wypełnionej wodą, do której zaraz włożyłem twarz. Woda otoczyła moje zmysły tylko na chwilę, bo zaraz przeniosłem się w swoje własne wspomnienie tamtej pijackiej nocy. Leżałem na kanapie pijany jak nigdy. Nie powstrzymało mnie to jednak od tego, żeby zsunąć spodnie i zacząć się masturbować. Poczułem się zażenowany tym faktem. Szczególnie, że na podłodze oparty o kanapę leżał śpiący Malfoy. To jeszcze nie było w tym wszystkim najgorsze. Najgorsze były moje wyrzuty sumienia, które wgryzły mi się głęboko w głowę. Nie mogłem dłużej patrzeć na swoje poczynania. Czy to możliwe, tak mocno się pomylić? Uderzyłem go po tym ze trzy razy w twarz, jak tylko wrócił z deportacji wyglądając jak duch. Myślałem, że to jego sprawka. Myślałem, że zdradziłem przez niego swoją żonę. A tak na prawdę to ja byłem napastującym go zboczeńcem- ekshibicjonistom w jego kawałku azylu. Pijackim krokiem wstałem. Na szczęście zachwiałem się i upadłem na podłogę nie mogąc utrzymać się w pionie ze spodniami w kolanach. I tak jak upadłem tak zasnąłem. Cóż za koszmarne nieporozumienie. Tylko jak ja o tym porozmawiam z Draco. Ostatecznie wypadało by go przeprosić. Tylko czy moja duma pozwoli mi przyznać się do tak karygodnego czynu? Nigdy w życiu jeszcze nie było mi tak wstyd. 

Wytarłem twarz w puchaty ręcznik. Zielone tęczówki, lśniły bezwstydnie kryjąc za sobą tę straszną prawdę. Nie było szansy tego poranka już na żaden sen. Umyłem zęby co by zmyć z siebie zapach palonego papierosa i gasząc światło w łazience, skierowałem swoje kroki do salonu. Opadłem ciężko na kanapę. Włączyłem telewizor, chcąc odpędzić od siebie myśli. Nie wiem ile tak siedziałem, kiedy na schodach usłyszałem kroki Ginny. Zeszła na dół, kiedy zegar w salonie pokazywał w pół do siódmej. 

- Czy ty nie możesz jak każdy inny, normalny czarodziej spać z żoną w łóżku? Musisz się pokładać na tej cholernej kanapie? Jak tak dalej będzie to kupisz nową. Zaraz będzie wyglądała jakbyśmy mieli regularnie dzikiego lokatora. 

Słuchanie od rana pretensji, po tak trudnej nocy było ponad moje siły. Oparłem głowę o dłonie rozciągając kark. Bolały mnie mięśnie całego ciała. Podszedłem do rudowłosej od tyłu, całując jej kark. 

- Czy moja kochana żona, ma może ochotę na wspólny prysznic? - Zapytałem, gładząc jej ramiona dłońmi. Starałem się zamienić ten felerny dzień, w całkiem znośny. Jako, że i z pewnych powodów w mojej głowie kłębiły się poczucie winy i myśli o Draco.

- Harry, wczoraj się kochaliśmy, dzisiaj już nie mam ochoty. Co jest z tobą? Nie jesteś już napalonym nastolatkiem, kontroluj się.

Ugodziła mnie tym ostatnim pytaniem, niczym strzałą z zatrutym grotem. Mój twardniejący fiut, rozluźnił się całkiem, spoczywając na powrót na udo, prawej nogi. W podbrzuszu jednakże, dalej czułem napięcie seksualne. Tak dotkliwe, że pierwsze swoje kroki skierowałem do łazienki na piętrze. Rozebrałem się, przeczesałem włosy i wszedłem do kabiny, puszczając lodowatą wodę. Ciało mi drżało, broniąc się przed zimnem. Chwyciłem w dłoń swoje jądra, które pomimo zimna i obkurczenia, były cholernie sporej wielkości. Tak dużo skumulowanej spermy, że jądra powiększyły się dwukrotnie od normalnego rozmiaru. Przekręciłem wodę, na strumień ciepły i poczułem jak moje wdzięczne ciało, powoli się rozluźnia. Nie zorientowałem się kiedy myślami powróciłem do swojego snu, kontemplując nad nim. Zwykłem pod prysznicem rozwiązywać sprawy w ministerstwie, albo męczące mnie problemy. Stałem tak oparty o ścianę, pozwalając żeby woda spływała mi po twarzy. W śnie widziałem Dracona i Zabiniego. Ale z jakiego powodu właśnie teraz wróciło to wspomnienie. Obcowanie z Draco? Odsunąłem od siebie te myśli. Namydliłem się i wyszedłem wycierając ciało. Wysuszyłem włosy, ułożyłem, ubrałem białą koszulę i jasne jeansy. Do tego ciemne, mokasyny w kolorze burgundowym i gotowy byłem do pracy. W drodze do ministerstwa zastanawiałem się jak mógłbym przeprosić Draco za ten nieludzki atak. Źle oceniłem czarodzieja, więc należało by to teraz wyprostować. 

Wskoczyłem do czerwonej budki na telefon i wybierając odpowiednie cyfry, magiczna winda uruchomiła się i zjechałem w dół do Ministerstwa Magii. Wszyscy zerkali na mnie z ciekawością. Oczywiście, jestem Potterem ale bez przesady. Wchodząc do windy zobaczyłem swoje odbicie w lustrze i uświadomiłem sobie, że wyglądam jak mugol i to bardzo atrakcyjny mugol. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Wpadłem i tak tylko zostawić raport i zgarnąć coś z szuflady biurka. Zupełnie zapomniałem, żeby narzucić na siebie szatę Aurora. Zza zakrętu wyłonił się nie kto inny jak mój drogi przyjaciel Ron Weasley. 

- Harry? - Wybałuszył na mnie oczy jakby nie był pewien tego co widzi.

- Któż by inny Ron? Wszystko okej?

- Ty, no Harry. Gdzie twoja szata? Przez sekundę myślałem, że jakiś mugol nam tu wszedł przez pomyłkę, a znamy się tyle lat. Nie poznać tak najlepszego przyjaciela?


Zaśmiałem się widząc jego twarz i słysząc wypowiedź. Stary, dobry Ron zawsze potrafił mnie rozśmieszyć swoją prostolinijnością. Poklepałem go po ramieniu, obdarzając uśmiechem.

- No patrz, a tu tylko zbawca świata, nie mugol.  

Uniósł brwi wymownie na "zbawcę świata" i machnął ręką na moje wybitnie sarkastyczne poczucie humoru dzisiaj. 

- Harry. - Zwrócił się do mnie zanim zniknąłem w biurze. Zastygłem na chwilę na wpół wchodząc. 

- Hermiona zapraszam was na obiad w ten weekend. Dyniowe piwko! - Zmienił głos wypowiadając ostatnie dwa wyrazy. Jego twarz wygięła się w grymas ekscytacji pomieszany z radością. Uśmiechnąłem się jedynie, pokazując gesty kciuków w górę i zamknąłem za sobą drzwi, znikając w środku. 

Jadąc w górę, raz jeszcze sprawdziłem czy plastikowy woreczek strunowy nadal spoczywa w kieszeni spodni. Eliksir ważony dziś będzie. Powiedziałem sobie w głowie, sprawiając że struktura zdania nabrała charakterystycznej cechy mistrza Yody ze Star Wars. Uśmiechałem się do siebie jak głupi wychodząc z Ministerstwa Magii. 

Pogoda była wyborna. Słońce świeciło mi prosto w twarz, ogrzewając ją przyjemnie. Wziąłem metro, żeby być szybciej. Wchodząc od razu usadowiłem się na wolnym miejscu. Niedaleko mnie stała dwójka nastolatków. Wymieniali się krótkimi pocałunkami. Po twarzy, tudzież w usta. A mnie wypełniło ich szczęście i własne wspomnienia pierwszej miłości, jaką była Cho Chang. Przypomniałem sobie pierwsze spotkanie. Mecz Quidditcha, pomiędzy Ravenclaw i Gryffindor. Jedyna dziewczyna w drużynie i to jeszcze szukająca. Przymknąłem oczy, odtwarzając sobie w głowie, zapach chłodnego powietrza, trawy, świsty tłuczka latającego po boisku, gwarne rozmowy i okrzyki z trybun. Zamiast szukać znicza, rzuciła się w pogoń za mną. Cóż za dziwna strategia. Udało mi się ją wtedy oszukać. I prawie wszystko poszło by po mojej myśli gdyby nie pojawienie się dementorów. A raczej Malfoya, Crabba, Goyla i Flynta. Zmarnowałem na nich niepotrzebnie moje zaklęcie Patronusa. Przebrali się, żeby mi dopiec. Pamiętam to dokładnie. To był trzeci rok. Westchnąłem. Na tyle głośno, że parka przestała się obściskiwać. Przenieśli się w inną część metra, zapewne sądząc, że zrobiłem to w reakcji na ich poczynania. Przez chwilę zrobiło mi się głupio i rozważałem nawet opcję przejścia się ostatnią stację na piechotę.

*

Zasnąłem późno, a wręcz można by powiedzieć że wcześnie, bo słońce powoli wstawało nad nieboskłon. Nie zasłoniłem okien w sypialni. Wtuliłem się odrobinę w poduszkę uspokajając się po koszmarze, a raczej wspomnieniach które towarzyszył mi wraz do zderzenia się jawy ze snem. Otworzyłem oczy patrząc w sufit, na którym pociągnięcia niczym pędzlem wdzierały się promienie słoneczne. Twarz nadal musiałem mieć lekko opuchniętą od ciosu jaki sprzedał mi Auror dwie noce temu bo kiedy podrapałem się po policzku poczułem lekki ból. Przed oczami nadal miałem wstrętną twarz sami wiecie kogo, wręczającego mi misję zabicia Albusa Dumbledora. Jego ślepia świdrowały moją czaszkę, napawając mnie przerażeniem z którym myśleć można by, już się uporałem. 

Wstałem, nie mogąc znieść tego co szalało w myślach mojej głowy. Ubrałem się, umyłem i wyszedłem z mieszkania Aurora w poszukiwaniu owej restauracji w której byliśmy ostatni raz. Była zaraz za zakrętem na rogu kolejnej ulicy. Jedyną rzeczą, która jest czarniejsza od moich myśli może być kawa. Kiedy już otworzyłem usta, aby zamówić ktoś mi przerwał wchodząc mi w słowo. Odwróciłem się chcąc zwrócić temu komuś uwagę, a wtedy zobaczyłem rozpromienioną i rozbawioną twarz mężczyzny, do którego należał głos. Irytacja jakoś szybko ze mnie wyleciała nie mogąc oderwać wzroku od tej miłej twarzy. 

- Przepraszam, nie zamierzałem na Pana wpadać. - Uniósł dłonie w obronnym geście i ukazał mi swoje białe zęby w uśmiechu. Z tej dziwnej fascynacji, wyrwała mnie baristka restauracji. 

- Co będzie dla pana? 

- Czarna kawa, bez dodatków.

Na swoich plecach nadal czułem jego tors, kiedy jeszcze minutę temu się stykaliśmy. Odwróciłem się na nano sekundę, lustrując jego osobę zapatrzoną w menu kawy wiszące na ścianie. Zwrócił się do kobiety.

- Podajecie kawę z karmelem?

- Tak, oczywiście. - Odpowiedziała mu i zwracając się do mnie zapytała o rozmiar. 

- W jakim rozmiarze? - Patrzyłem się na nią jak na głupią, nie mogąc uwierzyć w bezpośredniość Mugoli. 

- Wybaczy pani, ale czy to pytanie, nie jest wg pani zbyt bezpośrednie, kierowane do obcych ludzi?

Kobieta momentalnie spąsowiała. Mężczyzna stojący za mną wybuchnął takim niekontrolowanym śmiechem, który udzielił się na szczęście i jej i zamiast próbować mnie zabić wzrokiem, zaczęła przekładać kubki.

- Obawiam się, że chodziło o rozmiar kawy proszę pana. - Uniosłem brwi rozumiejąc mój nietakt. 

- Małą.. kawę. - dodałem nie ukrywając zażenowania. 

Miałem ochotę wyjść i już więcej się tam nie pokazywać. Kobieta zaczęła robić kawę, od razu pytając klienta za mną o karmel do kawy. 

- Tak, tak średnią z mlekiem i karmelem. Dziękuję. 

- Pana imię? - Zamierzała mnie gdzieś zgłosić? Nie zamierzając robić już więcej zamieszania swoją osobą postanowiłem podać swoje pełne imię i wyjść najszybciej jak się da.

- Dracon Lucjusz Malfoy.

- Dracon, przez "c" czy "k"?

-"C"

Kiedy wreszcie podała mi kubek z kawą, a na niej moje imię, na kasie wyskoczyły jakieś cyferki. Wyciągnąłem z kieszeni galeony i położyłem jednego. Popatrzyła na mnie biorąc w dłoń monetę. 

- Nie posiada pan funtów? 

- Funtów? - Powtórzyłem za nią zrozpaczony. Jakiż głupi byłem myśląc, że te prymitywy używają tej samej waluty co czarodzieje.

 Z pomocą przyszedł mi mężczyzna stojący za mną. Położył dwie monety, mówiąc, że to on zapłaci. Podziękowałem mu, chwyciłem za kawę i wyszedłem. Poziom zażenowania tego dnia osiągnął szczyt zenitu. Co innego kiedy ktoś płaci za twojego drinka, co innego kiedy facet w kawiarni musi ratować cię z opresji. Poczułem wiatr na twarz i odetchnąłem będąc już na zewnątrz. Przeszedłem przez ulicę kierując się w stronę ławki. Usiadłem na niej uspokajając swoje rozedrgane ja. Dlaczego na świętego Munga, muszę to wszystko znosić. Te cholerne przebieranki, przesłuchania, mugoli, oskarżenia i splamione imię w świecie czarodziejów, polowanie na matkę. Będąc samemu z myślami poczułem ucisk w klatce piersiowej, przenoszący się w stronę gardła. Wczorajszy widok Narcyzy Malfoy rozdarł mnie na kawałki. Wziąłem parę głębszych wdechów, przymykając oczy. Poczucie winy wydziera mi z mojej duszy serce. Przez chwilę słońce przestało ogrzewać mi twarz. W oczekiwaniu na przesunięcie się chmur, trwałem tak. Gdy usłyszałem jak ktoś siada obok mnie. 

- Panie Draco, jest mi pan dłużny dwa funty. 

- Dziękuję, za pana uprzejmość, ale jeśli jeszcze pan nie zauważył nie jestem w posiadaniu waluty monetarnej jaką jest funt. 


*


Witam Was kochani, po kolejnym rozdziale losów Dracona. Trochę zajęło to czasu. Ale kolejny rozdział jest już napisany i ustawiony na publikowanie czasowe, także nie musicie się tym razem martwić czasem publikacji. Jak można zauważyć zaczęłam publikować rozdziały co dwa tygodnie. Także i tego rozdziału spodziewajcie się na przemiennie z "Iskrą Seulu", do której oczywiście serdecznie i z dziką rozkoszą zapraszam.


Wasza D.

 



środa, 3 marca 2021

Zapowiedź

 

Kochani już w ten piątek 5.03 zapraszam na wyczekany,  nowy rozdział "Zwą mnie księciem Slytherinu". 
Zdradzę jeszcze, że siódmy rozdział będzie miał tytuł "Myślodsiewnia" i nie obędzie się od ciekawych zwrotów akcji.Więc serdecznie zapraszam, a tych którzy nie znają serii, zaganiam do nadrobienia i zapoznania się z rozdziałami. Witam wszystkie nowe osoby.

 

Przypominam, że rozdziały Księcia i Iskry Seulu znajdują się pod naglówkiem bloga na pasku menu, nie na pasku bocznym jak Dropsy, czy Dove stai Andando.


 

piątek, 19 lutego 2021

5. Martini z oliwką

Staliśmy całkiem osamotnieni. Zupełnie jak wtedy kiedy zastałem go w swoim pokoju. Przytłumione światło korytarza oświetlało połowę jego twarzy. Czułem prąd przeskakujący między naszymi ciałami, a oprócz tego jakąś ciemną aurę z jego strony. 


- Czekałem wczoraj cały dzień pod twoim mieszkaniem. Przez 3 dni próbowałem się dodzwonić na swój telefon. A teraz pojawiasz się jak Kopciuszek na mojej gali - Jego oddech parzył moje ucho. Jego głos był stanowczy i niebezpieczny. Tak jak ta pozycja. Przyciskał moje ciało swoim do ściany. Brakowało mi powoli tlenu, tak tętno przyśpieszyło swój rytm. Czułem się prawie jak wtedy kiedy pocałował mnie w mieszkaniu. Jak to możliwe, że ktoś tak na mnie działa fizycznie. Ocuciło mnie kiedy odgarnął klapę mojej marynarki i poczułem jego dłoń na moim torsie. Był to ułamek sekundy, ale sprawiło, że przeszły mnie tak silne dreszcze, że musiałem zagryźć wargi aby nie wyszedł z nich żaden dźwięk. Jego dłoń zawędrowała do wewnętrznej kieszeni. Wyciągnął swój telefon i przestałem czuć jego ciężar na torsie. 

- Dokończymy rozmowę po gali. 

Rzucił na odchodnym i odszedł. Jeszcze chwilę widziałem jego plecy, gdy zniknął zza zakrętu. Odetchnąłem, osuwając się po ścianie w dół. Czułem jak pali mnie cała twarz. Zupełnie jakby cała krew skumulowała się właśnie tam. 

Stałem na patio z kieliszkiem martini w ręku. Delikatny letni, nocny wiaterek rozwiewał mi włosy, których nie złapała brylantyna. Gwiazdy świeciły jasno, jeszcze jaśniej budynki w centrum warszawy. Samochody migały przemierzając ulice. Wyciągnąłem telefon strzelając sobie selfie z martini. Pamiątka dzisiejszej, szalonej nocy. Skoro prasa się mną nie interesowała, sam sobie coś pstryknę. Uśmiechnąłem się do siebie, przypominając sobie powód dla którego uciekłem z Seulu. 

Kątem oka zauważyłem białą sukienkę, a raczej jej rąbek na ekranie telefonu, który trzymałem. Suto zdobiona glitterami, odznaczała się w kadrze. Zastygłem z telefonem w ręku. Piękna kobieta stała przede mną. Uśmiechnęła się widząc, że robiłem sobie sam prywatną sesję. Zakryła dłonią usta, ale delikatny chichot dotarł do moich uszu. 
Podeszła do mnie, wyjęła mi telefon z ręki. Jej pewność siebie otoczyła moją przestrzeń osobistą, a po chwili z niej zniknęła, cofając się nieco. 

- Cheese. - Usłyszałem jej uroczy głos. Połechtał moje bębenki, niczym kremowa czekolada podniebienie. 

Zapozowałem podejmując jej towarzystwo. Zrobiłem najbardziej seksowną pozę na jaką było mnie stać, za co nagrodziła mnie kolejnym pełnym uśmiechem i ciekawskim spojrzeniem. Jej azjatyckie oczy śmiały się do mnie, a ja pierwszy raz uznałem ich piękno. Azjatki nie były moim typem. Jednakże ona była niesamowita. Lekko opalona cera, brązowe włosy i brzoskwiniowe usta, które śmiały się do mnie bez przerwy. Wyglądała jak europejska wersja Azjatki z dodatkami zachodnimi. Ustawiła telefon tym razem na selfie i przysunęła się do mnie.

- Selfie? 

Ponoć damie się nie odmawia. 

- Czemu nie. - Oddałem jej uśmiech, odpowiadając jej po angielsku. 

Przysunęła się do mnie delikatnie, ale wyjęła z malutkiej kopertówki swój telefon, wsuwając do kieszeni garnituru mój. 

- 3,2,1 - wyszeptała i nacisnęła guzik

I zaraz po tym telefon pstryknął zdjęcie. Odsunęła się, a na jej ustach znowu mogłem obserwować uroczy uśmiech. Schowała telefon do torebki nie dzieląc się ze mną zdjęciem.

- Jaki celebryta, ukrywa się na patio?

- Mogę zapytać o to samo. 

- Taki, który nie jest celebrytą.

- Zatem jesteś biznesmenem? Czy Batmanem w drogim garniturze?

Uśmiechnąłem się na jej uwagę. 

- Stanowczo bliżej mi do Robina, aniżeli Batmana. 

Roześmiała się na moją odpowiedź. Kiedy się uśmiechała jej policzek odsłaniał uroczy dołeczek. 
Złapała w palce naszyjnik, który niezauważony leżał na jej małym biuście. Zrobiła to zupełnie tak jakby chciała, żebym tam spojrzał. Cóż mogę powiedzieć, jestem tylko słabym facetem, który bywa podatny na tak subtelną manipulację. Podążyłem wzrokiem na linię sukienki, która zakrywała lekko oliwkową skórę. Pojawiła się na niej gęsia skórka wraz z kolejnym podmuchem wiatru. Zreflektowany, zdjąłem marynarkę, kładąc na jej ramionach

- Robinie manier uczyłeś się od Alberta?* Gentelman się przede mną obnaża, co powinnam zrobić. Jeśli zdejmiesz coś jeszcze będę musiała zawołać ochronę.

- Nie ma takiej potrzeby, dopóki ty niczego ze mnie nie zdejmiesz.  

Roześmiała się, faktycznie rozbawiona moim słabym żartem. Łaknąłem tego śmiechu. Wychyliłem łyk drinka, a ona jak gdyby nigdy nic ruszyła w stronę wejścia do pomieszczenia. 

- Miłego wieczoru Robinie. 

Zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, zniknęła. Cóż za zjawiskowa kobieta. Jeszcze przez chwilę odtwarzałem w pamięci jej delikatną, kobiecą urodę. W pewnej chwili zauważyłem, że mój kieliszek jest zupełnie pusty, a z wewnątrz dobiegają mnie dźwięki oklasków. Postanowiłem obejrzeć wydarzenie, skoro już się tu pojawiłem. 

Sala kolumnowa znajdowała się na poziomie minus dwa. Zjechałem windą i wchodząc wybrałem jeden z wielu stolików, przy których zamiast siedzieć, stoi się. Wielki rozłożony ekran wyświetlił making of z całej kampanii i zdjęć. Był to pokaz dla vipów z tego względu, całe wydarzenie wyglądało trochę inaczej. Kiedy na scenę wyszedł nie kto inny jak ostatni gość w mojej sypialni, na powrót zwróciłem wzrok w stronę sceny. Światła oświetlały jego sylwetkę, a jego głos docierał do moich uszu przez głośniki. Trzymał mikrofon tak pewnie jakby robił to przynajmniej codziennie rano po wzięciu długiego prysznica. Właśnie wtedy wyobraziłem go sobie z grzebieniem w ręku zamiast mikrofonu, udającego przed lustrem. Uśmiechnąłem się do siebie. 

Przeszedłem się po sali, zgarniając z tacy jednej z kelnerek przystawkę z kawiorem. Muszę przyznać, że w Korei jadałem lepsze. Rozglądałem się w poszukiwaniu baru. Wszechobecna biel pomieszczenia, otulona była niebieskim kolorem oświetlenia, królującego na satynowych wykończeniach. Na środku pomieszczenia wisiał zjawiskowy, kryształowy i cholernie duży żyrandol. Gdyby przez przypadek spadł, ukatrupił by przynajmniej sześć osób jak nie więcej. Odnalazłem wzrokiem barmana stojącego w kącie za przenośną ladą. Tam też skierowałem swoje kroki.

- Martini poproszę.

Po minie mężczyzny wyczytałem, że nie spodziewał się zamówienia w języku polskim. To zupełnie tak jak ja tej azjatyckiej piękności na patio. Przez chwilę zacząłem się zastanawiać w jakim języku mówił do mnie pan Ryan. Nazwisko nie wskazywało na polskie pochodzenie. 
Z zamyślenia wyrwało mnie przygaszające się światło sali. 

- Oho, czas na pokaz główny. - Powiedziałem bardziej do siebie niż do barmana, ale pomimo że słyszał nic nie odpowiedział.

Biały pył rozlał się po ekranie wydmuchany siłami natury, delikatna muzyka w wolnym tempie i szybkie zbliżenie na piękną szyję modelki. Delikatne migoczące drobiny osiadły na jej skórze, do których dołączyła męska dłoń. W oddaleniu mężczyzna muska jej kark. By na kolejnym kadrze wyjąć z ręki piękny naszyjnik. Kobieta leży na ogromnym łóżku zupełnie naga. Błyskotka sunie po plecach leżącej modelki wodzona dłonią mężczyzny. Modelka podnosi się na łokciach i odchyla plecy w łuk, niczym w akcie ekstazy. Wtedy z kolejnym zbliżeniem mężczyzna zakłada jej naszyjnik na szyję i przyciąga do pocałunku. Nagość pozostaje jednak zakryta pościelą. Mężczyzna pokazywany jest bardzo zdawkowo, ale w urywkach ujęć kamery w twarzy modelki dostrzegam, osobę poznaną na patio tego wieczora. 
Czyżby to była moja piękność? Przynajmniej już wiem, że ma równie piękne plecy co twarz. 

Pokaz był bardzo udany, zamożni goście klaskali z uznaniem po zakończonym filmie reklamowym. 
Facet, który był klientem pana Ryana, który się ze mną kontaktował wyszedł na scenę, z jakimś dłuższym przemówieniem. Obok niego pojawiła się kobieta z patio i już wtedy byłem pewien, że to ona. Stała w długiej białej sukni do ziemi, którą podziwiałem parę godzin temu. Dopiero teraz zorientowałem się, że nie oddała mi mojej marynarki. Oczywiste, że nie wyszła w niej na scenie. Miałem tylko nadzieję, że nadal ją ma. Pięknie błyszczała w centrum fleszy jaką obdarzyli ją delegaci z ekskluzywnych czasopism. Przez chwilę pomyślałem sobie, ile mogłem napytać sobie biedy, będąc jedynie widzianym w jej towarzystwie. 

Koniec gali bardzo mi się dłużył. Leciała jakaś spokojna muzyka, kiedy sączyłem kolejne martini. Poczułem dłoń na ramieniu, ciekawy kto śmie mnie zaczepiać odwróciłem głowę. 
*





* Albert jest postacią z Batmana - jego oddanym przyjacielem i lokajem, który go wychował po śmierci rodziców.


***
Dziękuje za uwagę i zapraszam do komentowania, zostawienia swojej opinii na temat opowiadania. Widzimy się kolejny raz za dwa tygodnie kochani. 

piątek, 12 lutego 2021

4. Cindirella na gali vip


Ekran telefonu zgasł, a ja zostałem sam ze sobą, rozmyślając co się właśnie, do cholery wydarzyło. 
Facet mówił do mnie po angielsku i leci zaraz do warszawy. Nie myśląc dłużej, chwyciłem laptopa i rozkładając się na stoliku kawowym w salonie, zacząłem szperać w internecie. 
Udało mi się dotrzeć do informacji, jako że w stolicy polski organizowany jest ekskluzywny pokaz nowego filmu reklamowego, w ramach współpracy z australijską firmą. Moja dłoń wylądowała z impetem na mym czole. Westchnąłem zawiedziony sytuacją, w której się znalazłem.

Po wzięciu dłuższego prysznica kac powoli opuszczał moje ciało. Łyknąłem w kuchni niezbędne witaminy i suplementy, kiedy dzwonek do drzwi dał o sobie znać. Odczekałem chwilę, kiedy dostawca zostawiał papierową torbę pod drzwiami i otworzyłem, odbierając przesyłkę. Jeżeli ktoś mówił o zbawiennych działaniach kuchni koreańskiej, na serio to ja ich dzisiaj bardzo potrzebuję. Przełożyłem lunch z papierowych pudełek na talerze i zacząłem pałaszować. Jeśli jakimś cudem ktoś nie słyszał o restauracji Onggi w warszawie, nie ma pojęcia o kuchni koreańskiej. Kimchi jjigae i nopcz'i, czyli grillowany filet z halibuta. Kiedy wreszcie poczułem się najedzony, odstawiłem resztę jedzenia i zająłem się przeglądaniem czegoś, co mógłbym na siebie założyć. Wślizgnę się na ten pokaz, odnajdę "Pana Ryana" i rozpłynę się we mgle jak ninja. 

Jak pomyślałem tak i zrobiłem. Odpaliłem płytę Jacksona Wanga na Spotify. Trochę żelu na włosy, ogoliłem się i gotowy byłem, żeby skoczyć na szybkie zakupy do Armaniego.

- "Don't waste your love, just let it last. Cause once it's gone. It's never coming back. It's true.." - Nuciłem sobie pod nosem. - "But I'm the only that you need.." 

Przerwałem muzykę, wykonując telefon. Mój rozmówca nie zamierzał jednak odebrać. Przewróciłem oczami i już miałem zamówić ubera, kiedy ciszę przerwał dźwięk dzwonka. 

- Ji-soo, kochana siostro.

- Coś podejrzanie miły masz głosik, czego chcesz?

- Potrzebuje wkręcić się na taką "imprezę" ale incognito.. Wiem, że w tej kwestii potrafisz zdziałać cuda.  

Zapewne gdyby była obok mnie puściłaby mi oczko, po czym zreflektowała i wyciągnęła rękę, pocierając palcami, na znak oczekiwania.

- Jin-hoon wiesz, że na świecie nie ma nic za darmo. 

- Dlatego proponuję ci podnajem mojego samochodu na.. Powiedzmy jeden dzień.

- Po raz pierwszy, po raz drugi obiekt został sprzedany. - klasnęła w dłonie.

- Co to za impreza?

- Vipowski pokaz filmu reklamowego, w ramach współpracy z jakąś australijską firmą. Dzisiaj.

- Potrzebuję godziny. Nara. 

Usłyszałem dźwięk rozłączania się z drugiej strony. Uśmiechnąłem się sam do siebie. Mogłem tam wejść jako ja, ale to mogłoby przysporzyć mi niepotrzebnych kłopotów. Siostra miała znajomości wszędzie tam, gdzie trzeba dzięki swoim studiom w biznesie, a raczej łóżkowym podbojom.
W drodze do galerii Mokotów dostałem wiadomość z kodem na wejście. Zerknąłem na zegarek, wzdychając lekko. Czas gonił, a przecież nie mogę być za późno. Ten dupek na pewno potrzebuje swojego telefonu. Przebrany wyszedłem z przymierzalni. Garnitur skrojony idealnie. Armani nigdy jeszcze mnie nie zawiódł. Włoski majstersztyk z linii soho, o młodym, wyrafinowanym designie, który łączy w sobie detale tradycyjnego krawiectwa z nowoczesną charyzmą odzwierciedloną w nazwie. Cudownie znów wyglądać jak na czerwonym dywanie. Do tego lakierki, spinki do mankietów, biała koszula i byłem gotowy. 

- Wygląda Pan zjawiskowo, doprawdy.  - Miły komplement połechtał moje dowartościowane ego.

- Proszę odciąć metki, już w nim zostanę. Mogłaby Pani zapakować moje rzeczy?

- Oczywiście. Już pakuję. Płaci Pan kartą?

- Tak. 

- Razem za wszystko będzie cztery tysiące trzysta euro. Chce pan przewalutować płatność na wony? 

- Nie trzeba.

Wychodząc, zabrałem torbę, w której spakowałem swoje ciuchy, które miałem na sobie. Włożyłem je do metalowej szafki i zamykając, schowałem kluczyk do kieszeni spodni. 

Zadzwoniłem po taksówkę. Upewniłem się, że w wewnętrznej kieszeni marynarki nadal spoczywa przeklęty telefon tego typka. Po spokojnej jeździe wysiadłem idealnie przed wejściem do Ufficio Primo w samym centrum warszawy. Niebieskie światło wylewało się z pięknego białego, zdobionego budynku. Wystrojeni ochroniarze w smokingi, sprawdzali kody wejściowe gości. Towarzystwo międzynarodowe rozmawiało ze sobą głównie po angielsku. Wyciągnąłem telefon, posyłając facetowi delikatny uśmiech. 

- Zapraszamy Panie Foster. - Starałem się nie pogłębić uśmiechu. 

Pozwoliłem sobie na pełen satysfakcji uśmiech, dopiero daleko wewnątrz budynku. Wtedy obok mnie pojawiła się hostessa, ubrana elegancko z delikatnym makijażem, młoda zgaduję, że polka. Idealny przykład słowiańskiej piękności. Zapytała delikatnym głosem czy napiję się szampana. Skoro już tu byłem, czemu nie napić się szampana. Po wczorajszym winie takie musujące będzie miłą odmianą. Chwyciłem zgrabny kieliszek i podziękowałem. Wypiłem do dna, odstawiając na stoliki rozstawione w holu. Wszystkie drogowskazy kierowały gości do sali konferencyjnej na -1, do sali pod kopułą na -2 albo na patio. Wszedłem do windy, wciskając guzik piętra numer 1. Wysiadłem. Korytarz był pusty, jedyne światło dochodziło z sali umieszczonej po drugiej stronie korytarza. Skierowałem kroki właśnie tam. Wszystkie szychy i organizatorzy będą właśnie tam, a skoro per Pan Ryan coś tu robi, zapewne znajdę go właśnie tam. Pewnym krokiem wszedłem do sali, w której oblało mnie zimne przygaszone światło z kinkietów powieszonych na bokach ścian. Od razu go dostrzegłem. Stał na wprost ode mnie. Rozmawiał z jakimś niskim facetem ze słuchawką w uchu. Przygryzał usta, w geście zdenerwowania. Ruszyłem pewnym krokiem niczym Cindirella, jedną dłoń chowając w kieszeni garniturowych spodni. Materiał był tak delikatny, że z satysfakcją poruszyłem dłonią. Tasowałem go wzrokiem, ulegając drugi raz jego urokowi. Z dwojga złego lepiej zaprzepaścić swoją homo cnotę z takim przystojniakiem niż z jakąś miernotą. Czułem jak serce, przyśpieszyło nieco rytm z ekscytacji. Jego brązowe włosy tamtego poranka wyglądały dużo bardziej seksownie w nieładzie, niż teraz idealnie ułożone. Stał niczym wyrzeźbiony, w swej atletycznej sylwetce, ubrany w jak mniemam drogi garnitur. Telefon w mojej kieszeni zadzwonił, a on uniósł wzrok kiedy dzieliło nas zaledwie dziesięć metrów różnicy. Zastygł z telefonem przy uchu. Lekki szok, a nagle i grymas przeszył jego przystojną, opaloną twarz. Ruszył w moim kierunku z takim impetem, że aż przystanąłem. 

- Gdzie jest mój telefon?

- Też miło mi, że cię widzę nieznajomy. Telefon? - Zamierzałem jeszcze trochę go poddenerwować. Na ustach wykwitł mi delikatny, diabelski uśmiech. 

Złapał mnie silnym chwytem za nadgarstek. I zapewne gdzieś by mnie pociągnął gdyby nie głos. Głos, który natychmiast rozpoznałem. 

- Panie Ryan nareszcie się spotykamy. Gala wygląda nieziemsko. Gratuje wyboru miejsca. Doprawdy miałem mieszane uczucia na ten nikły kontakt przez ostatnie trzy dni, ale jeśli prezentacja będzie tak zadowalająca, to uratuje pan swoje niekonwencjonalne metody, marką i efektem. 

Mężczyzna zerknął na mnie. 

- To z panem rozmawiałem, przez telefon jak mniemam. Asystent pana Ryana? 

Facet miał na sobie Rolexa, jakiś cholernie drogi sygnet z diamentami, finiszem był bordowy garnitur. 
Brunet próbował się odezwać, ale wyrwałem mu z dłoni swój nadgarstek i podałem dłoń starszemu biznesmenowi. 

- Foster proszę pana. Moje najszczersze przeprosiny. Mamy nadzieję, że lot minął szybko i w najwyższym standardzie pomimo małych niedogodności z naszej strony.

Mężczyzna był oczarowany moim wyglądem i manierami. Skłoniłem głowę jak to mamy w zwyczaju robić w Korei. Uścisnął moją dłoń, uśmiechając się. I tak zyskałem nową wakat asystenta. Przynajmniej na dzisiaj. Bo pan Ryan nie pisnął ani słówka na taki obrót sprawy. Parzył mnie swoim spojrzeniem. Czułem jego wzrok na policzku z taką intensywnością, że dało mi to swojego rodzaju satysfakcję. 

- Masz taką zadbaną cerę chłopcze, że mógłbyś wystąpić w moich reklamach. Taka orientalna piękność. Jak znudzi ci się praca dla niego - Wskazał na niego głową. - Daj mi znać. Za dwa tygodnie ruszają zdjęcia do kolejnego projektu. Możesz zostać jego twarzą. 

Mężczyzna zahipnotyzowany moją osobą, wyciągnął z wizytownika swoją kartę biznesową i wręczył mi ją, gładząc moją dłoń przez chwilę. 

- Patrzenie na ciebie to czysta przyjemność. 

- Panie Krofford dziękujemy za zaufanie i słowa uznania, jednakże na chwilę pozwolę sobie porwać mojego asystenta. 

Biznesmen kiwną głową i oddalił się ze swoją świtą. Kiedy to nastąpiło, Ryan wyciągnął mnie w głąb korytarza do ciemnego zaułku. 

***

Kolejne losy Jin-hoon za 2 tygonie, zachęcam do komentowania i zostawienia swojej opinii. Życzę wam kochani miłego weekendu i udanego dnia zakochanych. 




piątek, 29 stycznia 2021

3. Daleko od domu

 

Siedziałem na kanapie, obracając w rękach telefon znaleziony pod łóżkiem. Na pewno zostawił go tamten typ. Nie mogłem go odblokować, ani nic zrobić. Telefon dzwonił parę razy od tego czasu, ale jakoś nie miałem odwagi czy ochoty odebrać. Podkurczyłem kolana pod brodę, obejmując się rękami. To był trudny okres w moim życiu, a najgorsze miało dopiero nadejść. Zamiast się z tym zderzyć, schowałem się w mysią dziurę. Nie. Dobrze zrobiłem. Upewniałem się. Bez sensu byłoby obciążać innych członków zespołu. Zniknięcie z tapety dobrze zrobiło wszystkim. Oparłem głowę na dłoni, prostując ciało. 

Po popołudniowym masażu wyszedłem bardzo zrelaksowany, w dodatku sauna wypociła ze mnie wszystkie nagromadzone toksyny. Otworzyłem butelkę z wodą i jednym haustem wychyliłem połowę cieczy. Od razu czułem się jak nowo narodzony. Oddając chip do szafki, przekroczyłem bramki, rzuciłem jeszcze krótkie spojrzenie przez okno. Przez chwile serce zerwało się, jak do pogoni porzucając rytmiczne uderzenia, na rzecz chaosu, który się wtedy zadział. Wybiegłem z kompleksu sportowego, chwytając w locie jedynie moją torbę. Biegłem przez chwilę chodnikiem, nie mogąc się zatrzymać przed osiągnięciem celu. Złapałem go za ramię. Ścigana przeze mnie sylwetka odwróciła się, ukazując zaniepokojoną twarz. W tym momencie puściłem zaciśnięte na ramieniu palce, z ust wymsknęło mi się jedynie "przepraszam", mające załagodzić nagabywanie przechodnia. Zamieniłem się w słup soli, nie mogąc nawet mrugnąć, dopóki sylwetka zirytowanego przechodnia nie zniknęła za zakrętem. Wreszcie odszedłem, czując głębokie zażenowanie. Serce zaczęło bić normalnym rytmem.

Jestem strasznie głupi. Przecież to nie możliwe, spotkać go tutaj. Nie spotkałem go nawet w Itaewon.. Głupi strasznie głupi. Byłem tak blisko i tak daleko od domu. Wsiadłem do mojego, zaparkowanego ferrari GTB ferano. Oparty o zagłówek przymknąłem oczy, rozczarowany. Czułem, jak pod powiekami zaczyna zbierać się ciecz. Wytarłem się rękawem bluzy i odpaliłem samochód. 

Telefon w mieszkaniu dzwonił jeszcze raz, zanim wyszedłem, zamykając drzwi. Przebrany w bardziej dostojne ciuchy, ruszyłem windą w dół apartamentowca. Wizyta u rodziców nie mogła być zbyt prosta. Moja kochana siostrzyczka milczała jak zaklęta o moim przyjeździe. Aczkolwiek jak to mówią, matki mają szósty zmysł. Albo wyprzedza mnie moja własna sława. Westchnąłem, wychodząc z windy i już miałem wsiąść do auta, kiedy dostrzegłem żółtą, samoprzylepną karteczkę umiejscowioną za wycieraczką mojego samochodu.  Odczepiłem papier i przeczytałem zdanie na głos. „Przestań łosiu z łaski swojej parkować na moim miejscu parkingowym - właściciel miejsca parkingowego”. Przez chwilę ta cała sytuacja mnie po prostu zresetowała. Uśmiechnąłem się na ten urokliwy zwrot „łosiu” i już bez przeszkód wciskając karteczkę do kieszeni, uruchomiłem samochód. 

Dojechałem do domu rodziców, zatrzymałem się przed bramą wjazdową i zatrąbiłem. Po chwili brama automatyczna otworzyła się, a ja mogłem nieśpiesznie zaparkować. Wyskoczyłem z auta lekko poddenerwowany na myśl o przesłuchaniu przez matkę. Wziąłem kilka wdechów i skupiwszy się na suchych faktach w mej głowie, wszedłem. Już w korytarzu roznosił się zapach obiadu. Mogę bez patrzenia stwierdzić, że mama z pewnością ugotowała mi moje ulubione danie Teokkboki i bulgogi. 

Kiedy tylko zdążyłem się rozebrać, do korytarza wpadła moja siostra

- Jin-hoon jesteś akurat w punkt. Już nie mogłam wytrzymać tych jej pytań i udawać, że wcale jeszcze cię nie widziałam. 

Przewróciłem oczami, wiedząc dokładnie czego się spodziewać. Jeśli przodkami mojej matki nie byli jacyś agenci wywiadu to z pewnością jakiś detektyw, albo prokurator. Uściskałem tę małą pluskwę, ciesząc się na jej widok. 

- Czy rodzice wiedzą coś o tym wysokim, greckim bogu wyrzeźbionym z marmuru? 

W odpowiedzi trzepnęła mnie solidnie w bok trzy razy.

- Zamilknij zgredzie. To poufna informacja. Ojciec nadal myśli, że jestem dziewicą. Więc jeśli nie chcesz tłumaczyć się ze swojego ostatniego podboju, to lepiej połknij język już teraz. Pókim dobra.  

- A to by się tatuś zdziwił.

Zarechotałem, ale szybko moja rozbawiona twarz, przeszła w grymas bólu kiedy to małe wcielone zło stanęło mi boleśnie na stopę. 

- Nie lekceważ mojej prośby, póki jeszcze jest prośbą. 

Uśmiechnęła się do mnie uroczo i zniknęła w głębi domu. Kiedy wyszedłem z łazienki po dokładnym umyciu rąk, białe, duże kafle podłogowe zaprowadziły mój wzrok do drewnianych ciemnych, olchowych schodów. Postawiłem jedną stopę, a zaraz za nią kolejną i zanim się zorientowałem już byłem na piętrze. Otworzyłem pierwsze drzwi, a moim oczom ukazało się niewielkie pomieszczenie, które służyło rodzicom jako biblioteczka. Wszedłem głębiej, opuszkami wodząc po grubych lekko zakurzonych książkach. Odnalazłem wzrokiem jedną z nich, Lwa Tołstoja. W dzieciństwie czytał mi ją ojciec przed snem. Chwyciłem ją w ręce i przekartkowałem.

"Gdybym miał ziemi pod dostatkiem to i samego diabła bym się nie bał". Wówczas diabeł, który siedział za piecem i wszystko słyszał, powiedział: "Dobrze zmierzymy swoje siły, dam ci ziemi".

Przypomniała mi się nagle owa historia Pachom’a, chłopa z owej książki. Umarł, bo był chciwy i ciągle mu brakowało. Więc diabeł go ukarał. Zupełnie jak mnie, kiedy nie wystarczyło mi, że on był zawsze blisko mnie. Chciałem być kimś więcej i to mnie zgubiło. Teraz nie mam już nic, ale stoję tu nadal żywy. Chyba nawet gorzej, bo cały ten burdel należy posprzątać. I muszę to zrobić kompletnie sam. Nagle usłyszałem głos za plecami i aż podskoczyłem w miejscu nie słysząc kiedy przestałem być w pomieszczeniu sam.

- Dobry wybór, na wieczorne refleksje, ale mama chyba by się rozpłakała gdybyś miał dać jej czekać i pozwolił odgrzewać obiad. 

Poczułem silną, ciepłą dłoń na ramieniu. Uściskałem ojca z wdzięcznością, że to on pierwszy znalazł mnie. Co prawda dla mojego zdrowia psychicznego lepiej by jednak było gdyby wchodząc, chociaż chrząknął. 

Kiedy zeszliśmy już na dół w jadalni, w centrum pomieszczenia na dominującym planie stał zastawiony stół. Za chwilę pojawiła się moja siostra niosąca wazę z parującą zupą. Mama weszła dumnie z daniem głównym, a ojciec od razu rzucił się jej do pomocy. 

- Jakie to czasy nastały synu, żeby to twoja matka do ciebie musiała przyjść, się przywitać. 

Zrobiła niezadowoloną minę, ale ja już byłem przy niej, zamykając jej drobne ciało w uścisku. Moja matka zawsze była elegancką, drobną kobietą. Lubiła mieć władzę w domu i poza nim. Hmm.. Nawet dzisiaj wyglądała jak z okładki czasopisma, dla perfekcyjnych pań domu. Prosta czarna sukienka za kolano, beżowy odcień paznokci z frenczem na końcach, ułożone włosy z wywichniętymi końcówkami na zewnątrz i oczywiście korale na szyi. Na przegubach zawsze nosiła dosyć ciężkie wystawne zegarki i bransoletę. Jedyny urok psuły kapcie, które ni jak nie pasowały do reszty kreacji. Pod moim uściskiem jej mięśnie się rozluźniły, a ja poczułem że jeśli za chwilę nie zjem tego parującego Dakgajeang to umrę z głodu. Usiedliśmy do stołu wszyscy czworo. Przy kęsach obiadu raczyliśmy się rozmową z początku o bzdurach i mało istotnych rzeczy. 

- Jin-hoon, czemu przyleciałeś do Polski, nic nam nie mówiąc. Nie wstyd ci przed matką?

- Siła przymusu bezpośredniego - a czy wiecie, czym jest wpędzanie kogoś w poczucie winy? Mamo proszę daj już spokój, chyba mogę przylecieć do domu i nie meldować się wszystkim naokoło. 

- Nazywasz mnie wszystkimi? 

Narastające napięcie przerwał ojciec, który wprawnie ominął stół i wystrzelił jak z procy do piwniczki pod schodami, w której trzymaliśmy wina. Z hukiem postawił butelkę na stole między mną a mamą. Moja siostra zajęła się otwieraczem i kieliszkami. Zanim jednak wino zostało rozdzielone, na każdego spożywającego matka już zaczęła dramatyzować. Miała taki okropny zwyczaj poprawiania naszyjnika podczas zdenerwowania. 

- Mamo, wystarczy już. Ostatni raz widzieliśmy się tyle czasu temu. Daj mi się nacieszyć waszym towarzystwem. 

Chyba w końcu dała za wygraną, bo zdjęła dłoń z naszyjnika, a grymas zniknął z twarzy. Kiedy już miałem zamiar podnieść kieliszek do toastu, usłyszałem jej gorycz w głosie. 

- Kiedy wracasz do Korei? 

Starając się zignorować niewygodne pytanie, wbiłem wzrok w kieliszek wina. Z pomocą przyszła mi jednak moja siostra. 

- Mamo, dopiero co przyjechał, jak możesz go pytać kiedy wyjeżdża. Nie cieszysz się, że jest tutaj z nami? 

Kobieta odpuściła otoczona ramionami mojego ojca. Patrzył się na nią tak czule, jakby była aniołem, a nie małym tyranem. Po latach małżeństwa w dalszym ciągu byli ze sobą tak szczęśliwi, że przez chwilę przy toaście gula w gardle nie dawała mi przełknąć wina. Moi bliscy otoczyli mnie skorupą rodzinnego ciepła, zaufania, radości, a ja zastanawiałem się, jaki ze mnie nędzny gnojek, skoro nie potrafię powiedzieć im prawdy. Tak długo pozostawałem w cieniu samego siebie, że nie wiem, czy jeszcze wiem, kim jestem. 

Odetchnąłem, odkładając pałeczki. Ręka wylądowała na brzuchu, by druga mogła chwycić kieliszek z winem. 

- Jin-hoon za twoje sukcesy zawodowe. 

Z uśmiechem kieliszek podniósł tata. Wydawać by się mogło, że jestem cichy tego wieczora, prawda była jednak taka, że unikałem tego tematu jak ognia. 

- Nie. Za nasze rodzinne obiady, za którymi tak tęskniłem. 

Uśmiech, jaki wtedy wpełzł na moje usta, był jak najbardziej szczery. Na to i mama wyraźnie rozchmurzona uniosła kieliszek, wyginając usta w radości. A może z dumy? Pogładziła moją dłoń swoją siedząc naprzeciwko. Tęskniła za mną od mojego wyjazdu. Tęskniła też i teraz mając moje oblicze przed sobą. Widziałem to w jej oczach pełnych szczęścia ale i obawy, że nadejdzie ta chwila kiedy powiem jej kiedy wracam. Ale którz to wie, może szczur lądowy w końcu ośmieli się przyznać do porażki i zostanie na dobre w polsce. Z początku myślałem o ucieczce do Australii, ale kto wie jak to ze mną będzie. Wino rozluźniło moje synapsy mózgowe, dzięki czemu mogłem już swobodnie rozkoszować się wszystkimi elementami wieczoru. 


Czułem jak pieką mnie policzki, kiedy pochłonąłem kolejną kluskę ryżową i zastanawiałem się, czy to pikantność czerwonego sosu, czy może sprawka alkoholu. 


- Oppa. - Ji-soo pociągnęła mnie za rękaw. Zbyłem ją jednak, za co konpnęła mnie pod stołem.


- Oppa, pomóż mi z naczyniami. - Powtórzyła kiwając głową w stonę kuchni. Czemu miałem wrażenie, że chce mi coś powiedzieć. Potulnie jednak wstałem od stołu zbierając zastawę.


- Jin-hoon, zostaw ja pomogę twojej siostrze. 


Zadowolony usiadłem, a Ji-soo posłała mi nienawistne spojrzenie. Kiedy zniknęły, ojciec polał mi jeszcze jeden kieliszek wina. 


- Tato, będę się zbierał. Podjadę jutro uberem po samochód.


Zza szyby taksówki obserwowałem moknące na deszczu drzewa. Niedługo po tym las się skończył, a zaczęły wyrastać na horyzoncie betonowe budynki. Kałuże pojawiały na ulicy i chodnikach. Byłem już prawie u celu. Ostatnie skrzyżowanie świateł i byli byśmy pod budynkiem mojego apartamentu. Zapaliło się czerwone. Kierowca zatrzymał samochód w oczekiwaniu, a ja ujrzałem kolejną postać. Wyskoczyłem jak opażony, biegnąc ile sił w nogach. Poczułem jak ubrania mi przemakają niosąc ze sobą koszmarny chłód. Takie sporty po pijaku to słaby pomysł. Złapałem jegomościa za ramie, a kiedy się odwrócił kolejny raz zamarłem. Chłopak popatrzył na mnie ze strachem po czym oddalił się, a ja zostałem, padając na chodnik na kolana. Rękoma zakryłem twarz, czując zawód i upokorzenie. Poprawiłem włosy, podniosłem się i z uniesioną głową pomaszerowałem pod apartament. Winda zaszczyciła mnie odbiciem lustrzanym. Koszula przemokła do suchej nitki ukazując spod transparentnego materiału mój tors. Nie zdążyłem jeszcze wcisnąć guzika, gdy do windy wbiegł jakiś młody mężczyzna. Przetaksował mnie spojrzeniem. Usunąłem się w tyl windy, zakrywając się dłońmi. Czułem się zażenowany jego ciekawskim spojrzeniem. 

- Na które?

Z mojego azylu myśli wyrwał mnie melodyjny głos.

- Mm?

- Na które piętro? 

Poparzył na mnie jak na opętanego.

- Nie wcisnąłeś guzika. 

Wskazał na panel windy. 

- Ostatnie - Udało mi się wydusić. 

Jak tylko wysiadł piętro przede mną odetchnąłem. Wszedłem pośpiesznie do mieszkanie oddychając ciężko. Szloch targał moim ciałem jak szalony. Nie mogąc się już powstrzymać zacząłem głośno łkać.


*

Pobudka nie należała do najprzyjemniejszych. W głowie nadal wibrował mi dźwięk. Wysunąłem rękę spod kołdry chwytając telefon. 

- Tak, slucham?

- Nareszcie pan odebrał. Myślałem, że jest pan poważnym prezesem. Od 3 dni bezskutecznie próbuję się dodzwonić. Mam nadzieję, że nasze spotkanie dzisiaj jest aktualne. 

Głos i treść rozmowy zbiła mnie z pantałyku. Otworzyłem natychmiast oczy sprawdzając nazwę kontaktu, z którym dane było mi rozmawiać. Na ekranie telefonu widniało "Ważne - klient"

- Obawiam się że zaszło małe nieporozumienie. 

- Ależ oczywiście, Pan Ryan nie odbiera sam telefonów ze strachu? Oczekuję, że na dzisiejszy festival  filmowy wszystko będzie gotowe tak jak ustaliliśmy. A teraż żegnam bo właśnie wchodzę na pokład samolotu do warszawy. 

Nie dał mi dojść do słowa. No nie wierzę. Kim ten dupek był. Przeciągnąłem się uświadamiając sobie, że rozmówca mówił do mnie po angielsku. Zerknąłem na telefon, który odłożyłem na łóżko. Z pewnością nie był mój. Cholera, w co ja się znowu wpakowałem. 


poniedziałek, 19 października 2020

Zwą mnie księciem Slytherinu - 006

 


6. Gorycz domu feniksa





Całego kaca przesiedziałem w łóżku. Cały ranek od godziny piątej próbowałem uspokoić zmysły, wspomnienia i nie oszaleć po obrazach, które widziałem nocy poprzedniej. Nie wiedziałem czy to co widziałem było prawdziwe. Matka wyglądała tak dziwnie, tak inaczej. Czy przyszła, bo wiedziała że będę jej szukał po wyjściu z Azkabanu? A może mnie potrzebuje? Te pieprzone gnoje z Ministerstwa Magii skrócili mi wyrok aby wykończyć nasz ród. Chcą mnie wykorzystać, w tym polowaniu na czarownice. Moja matka, nie może wpaść w ich podłe łapska.

*

Zerwałem się z posłania zlany potem po śnie o obrzydliwym przesłuchaniu w ministerstwie. Skupiłem się na pytaniach, które zaczęły nabierać sensu. Czy moja matka była na celowniku ministerstwa? Czy właśnie dlatego tkwiłem w mieszkaniu na ostatnim piętrze, należącym do aurora, fana mugoli? Żeby wydać własną matkę? W mieszkaniu dało się słyszeć dźwięki wymiocin. Po moich jasnych marmurowych policzkach, płynęły nieśpiesznie wytyczające nowe ścieżki łzy. Trwałem tak trzęsąc się z zimna. Kiedy już myślałem że wymioty ustały, żołądek na nowo zaczął okrutny taniec z sokami, które jeszcze tam pozostały. Niczym głupiec wypiłem ten alkohol, myśląc że da mi to namiastkę poczucia normalności. Nerwy zatopione w alkoholu, rozedrgały mój umysł jeszcze bardziej.

Kiedy usłyszałem kroki po starej podłodze w mieszkaniu, nadal siedziałem w wannie. Napiąłem się niczym struna. Pamiętam jeszcze moje kąpiele w Hogwarcie w łazience dla prefektów na piątym piętrze. Pamiętam, że moje pierwsze schadzki z Zabinim były właśnie tam...Zaraz po bibliotece. Blaisey stanowczo zmienił mój sposób funkcjonowania w szkole. Zmienił moje postrzeganie przyjemności i spojrzenia na pewne codzienne czynności. Już nigdy nie potrzebowałem zaspokojenia się samemu ręką, aż do dzisiaj. Popęd fizyczny, nie zjednał się jednak z tym psychicznym. Zacisnąłem pięści patrząc na swoje nadal poranione przeguby. Rzucali na mnie crutiatus jakby to było zaklęcie alohomora zapraszające na popołudniową herbatkę z ciasteczkiem do bram zamku królowej. Czym oni różnią się od popleczników Voldemorta. Auror okładający mnie pięściami nadal majaczył mi przed oczami. Czy wrócił aby wymierzyć mi sprawiedliwość po tym jak ukradłem i zniszczyłęm mu różdżkę? Wstałem i wyszedłem stopami na dywanik leżący przed wanną. Woda ściekała w dół tworząc ciemne plamy na jasnych beżowych włóknach. Westchnąłem widząc swoje odbicie w lustrze. Więc tak wygląda się na kacu i po latach zamknięcia w Azkabanie? Uśmiechnąłem się ironicznie. Wychodząc z łazienki założyłem ręcznik na biodra, oplatając się puchatym materiałem. Czarny kolor kontrastował z moim jasnym ciałem pogłębiając ubytki mojej wagi w odbiciu lustrzanym. W sypialni na łóżku leżała zostawiona dla mnie zielona koszula, lniane beżowe spodnie, bielizna i skarpetki. Uśmiechnąłem się pod nosem zrzucając z siebie ręcznik. Syknąłem z bólu odrywając od koszuli metkę. Na opuszku kciuka pojawiło się rozcięcie. W tym właśnie momencie auror postanowił wpaść do pokoju zaniepokojony.

- Co się stało? - Jego postawa różniła się od moich wyobrażeń po wczorajszej nocy. Był wyjątkowo troskliwy dla kogoś, kogo jeszcze parę godzin wcześniej próbował zabić.

- Przyszedłeś pozbawić mnie jeszcze mojej prywatności? Czy zamierzasz mnie znowu uderzyć? - jego twarz pociemniała. Spuścił wzrok jakby żałował swojego wczorajszego zachowania. 

*
Jego słowa sprawiły mi niezrozumiały dla mnie smutek. Patrzyłęm na Draco jeszcze chwilę, zanim moje kroki skierowały się raz jeszcze na korytarz. Nie wiedziałem co odpowiedzieć, wyjście bez słowa wydawało mi się jedyną sensowną rzeczą. To był pierwszy raz kiedy straciłem nad sobą panowanie w pracy. Od chwili kiedy widziałem go nago z Zabinim w bibliotece, powracałem do tych obrazów i reakcji mojego ciała. Nie rozumiałem. Dzisiaj, reakcja była inna. Ciało Malfoya nadal przyciągało wzrok, ale smutek ściskał mi serce widząc bruzdy na nadgarstkach, siniaki na brzuchu i twarz którą mu pokiereszowałem. Zacisnąłem pięści. Weź się w garść, napastował cię wczoraj seksualnie. Nie wiem czy moja wczorajsza wściekłość wynikała ze zdrady jakiej się dopuściłem po pijaku, czy faktu że sama myśl wprawiała mnie w lekki wzwód. To na pewno dlatego, że pierwszy wzwód w życiu miałem po zobaczeniu w bibliotece Hogwartu, Dracona z Zabinim robiących tak wyuzdane rzeczy, że jak głupi napalony zboczeniec ściskałem mojego fiuta pod materiałem bokserek. Wspomnienie widoku Malfoya osiągającego orgazm nagle przysłonił mi wszystko. Czułem jak serce mi przyśpieszyło, a w ustach pojawiła się nagła suchość. Bałem się jak idiota po tym, że nie interesują mnie dziewczyny. Że jestem gejem. Wynaturzeniem. Nie mogłem już patrzeć swoim przyjaciołom w oczy, do czasu kiedy Ginny pierwszy raz w łazience prefektów między filarami, zaczęła się o mnie ocierać doprowadzając mnie do wzwodu. Byłem tak szczęśliwy, czując jakby rudowłosa odczyniła zły urok. 


*

Szliśmy wzdłuż spokojnej ulicy, kiedy nagle się zatrzymał przy kamienicy z czerwonej cegły. Witryna okna ukazywała bar śniadaniowy. Ktoś właśnie wychodził, bo drzwi się otworzyły, a uderzony dzwoneczek zawieszony nad nimi, rozbrzmiał radośnie zwiastując przybyłych gości. Mężczyzna zdjął kapelusz i skłonił się lekko z uśmiechem na ustach.

- Dzień dobry sąsiedzie. Jak panu mija ten uroczy poranek. 

- Oh pan Rupert. Jak miło, że na siebie wpadliśmy.

Uścisnął mu dłoń, wyraźnie zadowolony ze spotkania.

- Wpadłem ze znajomym na kawkę i śniadanko. Jak zawsze kiedy pracujemy do późna. 

Mężczyzna zrobił lekko zaskoczoną minę, a bruzdy na jego starej twarzy pogłębiły się nieco.

- Do stu piorunów, toć to powinno być karalne. Panie Henryku proszę to koniecznie gdzieś zgłosić.

Brunet uśmiechnął się jedynie w odpowiedzi. Na samą uwagę zgłoszenia Ministerstwa Magii do urzędu pracy, rozpromieniła mi się twarz. 

- Przepraszam, a ty młodzieńcze. Jesteś zapewne przyjacielem Henryka?

Zostałem nagle zauważony i wcale nie czułem się z tym źle. Jednakże kiedy już zamierzałem się przedstawić auror wszedł mi w słowo.

- A to tylko przyjaciel z pracy. Przyprowadziłem go tu bo jego głodny brzuch słychać było w całym biurze. 

Nie spodobała mi się jego reakcja. W dodatku próbował wepchnąć mnie do baru. Nie dałem jednak za wygraną zastawiłem się nogą i podałem staruszkowi dłoń na znak szacunku.

- Draco Lucjusz Malfoy, we własnej osobie, kolega z pracy tak jak już Henryk wspomniał. 

- Rupert Montgomery, cała przyjemność po mojej stronie. 

Pochwycił moją i również uniósł leciutko kapelusz. 

- No będę się zbierał, przyjeżdża do mnie jutro gość muszę jeszcze kupić parę rzeczy do lodówki i oczywiście ciasteczka do herbaty. Miłego dnia panowie. 

Po wymianie uprzejmości, auror niezbyt delikatnie wrzucił mnie do środka lokalu. Niezadowolona mina towarzyszyła mu cały czas. Wyglądał jak dąsające się dziecko. Dużo lepiej wyglądała jego twarz wczoraj, rozpromieniona pitym trunkiem.

- Tak bardzo nienawidzisz mugoli, a przed chwilą co to było.

- Był zaskakująco.. uroczym mugolem. - Odpowiedziałęm, wahając się samemu nie wiedząc, czemu to zrobiłem.

W rzeczywistości całkiem o tym zapomniałem. Chyba brakowało mi odrobiny uwagi ze strony drugiego człowieka. 

- Dlatego postanowiłeś wypaplać mu swoje prawdziwe imię i nazwisko?

Jego oburzenie było według mnie grubo przesadzone. Oblizałem łyżeczkę po śmietance do kawy, a on wybałuszył na mnie oczy jeszcze bardziej. Kopnął mnie w kostkę pod stołem. 

- Nawet w dzielnicy mugoli musisz się wyróżnić prawda? Po co ja tracę na ciebie czas.

Mój wyraz twarzy zmienił się diametralnie. Poczułem się urażony jego słowami. Moje wąskie usta wykrzywił grymas. Kurtynę zawodu zakrył makiawelizm, który nie szczycąc się opanowałem do perfekcji latami znosząc okrutne zachowanie ojca. Przez chwilę popełniłem błąd, za który przyszło mi znowu zapłacić. 

Wyjrzałem przez okno, przechylając filiżankę z parującą kawą. Jej cudownie gorzki smak rozlał się po moim podniebieniu. Auror siedział z nosem w gazecie, nadzwyczaj markotny jak jeszcze nigdy odkąd go poznałem. Śniadanie zjedliśmy w kompletnej ciszy, przerywanej jedynie szczękaniem sztućców. Oczami wyobraźni odtwarzałem sobie rysy twarzy staruszka. Teraz już wiem. Wygląda podobnie do kogoś mi znanego. 

*

Po moim powrocie, dom był cichy. Wszedłem na piętro na którym w głębi paliło się zdławione światło. Ginny siedziała na fotelu. Jej rudawe kosmyki włosów uwolnione z kucyka opadły na długą szyję. Na długich nogach założonych o oparcie fotela, spoczywały skarpety w zielone ropuchy. Widok ten rozczulił mnie. Podszedłem do niej wyjąłem książkę, którą trzymała w dłoniach. Jej delikatne ciało, poddawało mi się bezwładnie podczas snu. Położyłem ją na łóżku, ściągnąłem skarpetki. Moim oczom ukazały się jej kobiece zadbane stopy. Usiadłem na łóżku, ujmując jedną z nich w dłonie. Pocałowałem największy palec. Poczułem jak moja męskość zaczyna puchnąć. Masowałem jedną stopę za drugą, ale moja żona ani drgnęła. Wodziłem nosem od łydki po zakończenie uda, aż napotkałem materiał szortów. Odchyliłem go nieznacznie odkrywając jej ogoloną różową cipkę. Oblizałem palec, kierując go w tamtym kierunku. Musiałem sapnąć, bo fiut zapulsował mi boleśnie w spodniach. Zagłębiłem w nią jeden palec, kciukiem masując delikatnie łechtaczkę. Do kciuka dołączyły usta i język, sprawnie poruszając się po jej delikatnej skórze. Zaciągnąłem się zapachem, który zaczęła z siebie wydawać. Do moich sapnięć pożądania, niedługo dołączyły jej senne jęki. Pozbyłem się dolnej części garderoby nas obojga. I nie mogąc już dłużej się powstrzymać zagłębiłem się w nią powolnymi, acz stanowczymi ruchami. W tej chwili otworzyła swoje brązowe zaspane oczy. Moje biodra przyśpieszyły. W ferworze pożądania, szarpnąłem za jej górną część piżamy urywając guziki. Chwyciłem w dłoń jej zgrabną pierś i ścisnąłem mocno. Jęknęła z bólu i trzepnęła mnie w głowę niezadowolona z moich poczynań. Nie umknęło to mojej uwadze, jednakże byłem tak rozpalony, że jedyne o czym mogłem teraz myśleć to orgazm na jej słodkie usteczka zalewając ją niczym ciasto eklerkowe gęstym białym kremem. Uderzałem mocno moimi biodrami o jej wejście i nagle, Ginny postanowiła zepsuć moje dotychczasowe dzieło. Popchnęła mnie na łóżko i nabiła się na mnie. Leżałem nie mając kompletnie kontroli nad tym co będzie ze mną robić. Przytrzymałem jej biodra, wchodząc w nią do samego końca. 

- Ej 

Sapnęła niezadowolona moimi poczynaniami. Zignorowałem ją jednak kiedy zaczęła się delikatnie na mnie poruszać, wyszedłem jej biodrom na przeciw przyśpieszając tempo. Przez chwilę czułem, że znowu kontroluję sytuację przyśpieszając coraz bardziej. Jej piersi podskakiwały radośnie. Przerwała mi kolejny raz 

- Harry przestań. Wiesz, że nie lubię jak pieprzysz mnie jak jakiegoś prosiaka. Daj mi trochę czułości.

Poruszała się na mnie powoli, unosząc i opuszczając biodra, zataczała na mnie kółeczka, zaciskała mięśnie kegla i rozluźniała. A ja poczułem jak powoli zaczyna mnie to nużyć. Czułem mniejsze tarcie na członku. Zanim jednak zdążył opaść, Ginny zaczęła jęczeć coraz głośniej, aż w końcu osiągnęła spełnienie opadając na mnie. Po czym zsunęła się na łóżko.

- Widzisz kochanie, czyż to nie było bardziej seksi niż te twoje ruchy?

Pocałowała mnie i odwróciła się zasypiając. Wstałem zrezygnowany, okryłem ją kołdrą. Chwyciłem piżamę i skierowałem się do łazienki. Tam wrzuciłem materiał do kosza na pranie. Zdjąłem z siebie koszulę, która powędrowała w to samo miejsce. Spojrzałem na swoje odbicie w lustrze. Fiut leżał żałośnie na moim udzie, niczym zasuszona rodzynka. Westchnąłem i wszedłem pod prysznic, gdzie odkręciłem zimną wodę.

A kiedy siedziałem w końcu w ciszy w domu popijając whisky przed telewizorem, czułem jak alkohol przepływa mi w żyłach upijając mnie delikatnie. Poczułem jak moje ciało zaczęło delikatnie się rozluźniać pływając myślami po zakamarkach mojej głowy. Obudziłem się nagle, słysząc tłukące się niedaleko mnie szkło. Nie to było jednak istotne. Przed oczami wyobraźni po intensywnym śnie nadal miałem w głowie obraz Zabini'ego całującego Draco. Żarliwie, zwierzęco jakby od tego zależało ich życie. Przypomniałem sobie nagle sytuacje sprzed lat, kiedy zabrałem Malfoyowi ubrania, niwecząc jego plany zniszczenia spotkania Gwardii Dumbledor'a, które organizowaliśmy ukrywając się przed Brygadą Inkwizycyjną. Tętno miałem przyśpieszone, przez co oddech był cięższy niż normalnie. Włożyłem dłoń w bokserki. Objąłem twardego penisa, a biodra same wykonały ruch. Bielizna już była mokra od ejakulatu. To jakieś szaleństwo. Wyjąłem dłoń i starałem się skupić uwagę na czymkolwiek innym. Starałem się oddychać równomiernie. Dzisiejszy widok Malfoya nago stanął mi przed oczami, a ja nie mogłem przez to nad sobą zapanować. Wszystko przez to, że Ginny myślała dzisiaj tylko o sobie. I pomyśleć, że pewnie myśli że ja też doszedłem, bo mój penis skurczył się od tych czułości do wielkości orzeszka. 

Wstałem zrezygnowany starając się zmienić tor moich myśli. Ze składzika, wyjąłem zmiotkę i szufelkę i posprzątałem, szczątki mojej ulubionej szklanki na whisky, która musiała wypaść mi z ręki kiedy zasnąłem.

Wyszedłem na spacer po okolicy naszego osiedla domków jednorodzinnych. Kroki przywiodły mnie na plac zabaw. Usiadłem na jednej z huśtawek. Wyciągnąłem z kieszeni papierosa i odpaliłem go wyszeptując cicho Incendio, a już po chwili mogłem nieprzerwanie zaciągać się dymem tytoniowym. Spojrzałem na nieboskłon, powoli zaczynało już świtać. Niebo stawało się coraz jaśniejsze i bardziej kolorowe. Ziewnąłem, czując jak od siedzenia zdrętwiało mi ciało. Ptaki zaczynały swój poranny świergot, a ja ruszyłem w kierunku domu. 

Ciekawe czy Draco też nie może spać po tym co go spotkało.


* * *


Moi drodzy, życzę Wam uroczego poniedziałku. Basiu dziękuję za pozostawione dobre słowo. Życzę Wam wszystkim zdrowia psychicznego i fizycznego w tym trudnym dla nas czasie. Następny rozdział już się piszę, więc zapraszam na kolejną część już za tydzień. 





czwartek, 8 października 2020

2. Niewygodne połączenie

 

Dziwnie jest czytać o sobie z gazet i mediów społecznościowych. Wiesz, że piszą o tobie, ale nie ma to jednak żadnego pokrycia z rzeczywistością. Niby są tam twoje zdjęcia, a jednak wszystko całkiem obce. Chyba tym razem nie chcę wiedzieć jak to się skończy. Fani cię kochają. Ale czy ta miłość jest w jakikolwiek sposób prawdziwa? Przecież nikt tak na prawdę cię nie zna. Moja prywatność właśnie została rozerwana na kawałki bardziej niż dotychczas. Niż kiedykolwiek od samego debiutu. Wybaczcie, że tak nostalgicznie i żałośnie brzmią te słowa, ale nie umiem ubrać ich jakoś sensowniej.  


Powieki były ciężkie, w sumie dziwnie tak samo jak moja klatka piersiowa. Kiedy tylko spróbowałem unieść głowę, przeszywający ból napotkał sprzeciw całego ciała. Otworzyłem oczy czując jak suche mam spojówki. Przez chwilę zastanawiałem się czy nie wylądowałem przez przypadek na pustyni, zamiast w domu. W domu? Ah.. no tak przecież wczoraj przyleciałem do Polski. Wszystko dookoła wirowało. Jakaś cholernie ciężka ręka oplatała mój tors. Na co patrzyłem? Jakaś wielka, muskularna łapa leżała na mnie. Z tej perspektywy widziałem jedynie nagie wyrzeźbione plecy, kark i brązowe włosy. Wszystko z pewnością należące do faceta. 

- Kurwa, z deszczu pod rynnę. - Wzdychnąłem, zsuwając z siebie obce ciało. Próbując wygramolić się z łóżka potknąłem się jeszcze o leżące na podłodze jeansy. Zakrywając dłonią usta starałem się powstrzymać soczystego pawia, który napierał na polską kulturę jak bolszewicy do 1989 roku. 

- Wszystko okej? - Głos zza pleców najwyraźniej obudził się starając się zwrócić moją uwagę. Dopiero po chwili doszło do mnie, że pytanie było po angielsku.

- Nie mów do mnie teraz.

Bieg przez mieszkanie w mdłościach to mój najmniej ulubiony sport ekstremalny. 

Kiedy wymioty ustały stanąłem ledwie na nogach otwierając kurek w prysznicu. Lodowata woda spływała po twarzy jak za dnia kiedy opuszczałem Seul. Tak bardzo przypominała mi wtedy deszcz gasnącego lata. Jak zza mgły pojawiły mi się w głowie gorące pocałunki. Co się ze mną dzieje? 

Stając otulony szlafrokiem wpatrywałem się w piszącego coś na telefonie faceta mającego na sobie jedynie spodnie. Siedział na łóżku tyłem, ze stopami opuszczonymi na podłogę. Odwrócił się kiedy odchrząknąłem. Mięśnie mu się napięły i rozluźniły na dźwięk mojego głosu. 

- Jeszcze nie wyszedłeś? 

- A tego właśnie chciałeś? - Jego głos brzmiał nade prowokacyjnie wypowiadając te bezczelności. 

- Słuchaj - przetarłem dłonią twarz czując, że kac nadal tam jest. Nie byłem pewny czy chcę w ogóle tą sytuację wyjaśniać. 

- Nie wiem jak ty, ale ja nie znikam zaraz po przebudzeniu w takich sytuacjach mały. 

Osłupiałem słysząc słowo jakim mnie określił. Mój wzrost był zawszę dotychczas bez zarzutu. Całe metr osiemdziesiąt. No dobra, całe bez dwóch centymetrów. Nie mogę uwierzyć, że spałem z .. no właśnie bardziej mnie dziwiło, że z facetem czy że spałem z kimś przypadkowym i kompletnie nic nie pamiętam? A to ci historia. Ledwie przyjeżdżam po jednej katastrofie, a zaraz wpadam w drugą. 

- Sorry, nie wiem jak masz na imię. 

- Zapewne jakieś orientalne, skoro jestem żółty dupku. 

Parsknął cicho ze śmiechu. Bynajmniej nie cieszyło mnie, że bawią go moje ironie. 

- Nie jestem rasistą, ale skoro ty tak to będę się zbierał. 

Nie zamierzałem go zatrzymywać. Jak tylko zapiął wymiętą białą koszulę wkładając ją w jeansy, ruszył w moją stronę. Zerknął w lustro poprawiając kosmyki brązowych włosów, które opadły mu podczas snu na oczy, które stało akurat za mną. Później jego wzrok przeniósł się na mnie, złapał mnie za podbródek i zanim zdążyłem się połapać o co tu chodzi, zetknął swoje usta z moimi. Położył mi drugą dłoń na plecy i przycisnął mocniej do siebie. Byłem w jego ramionach całe dwie sekundy po czym odsunął się i odszedł w stronę drzwi. 

- Obyśmy kiedyś spotkali się w trzeźwiejszych okolicznościach. 

Stałem tak jeszcze przez chwilę, czując wciąż ten potężny pocałunek. W nosie nadal wibrował mi jego męski zapach. A ciało przechodziło dreszcz za dreszczem. Uniosłem dłoń dotykając nadal wilgotnych warg. Oddech biegł nadal za nim aż na klatkę schodową. Zerknąłem w dół, odsłaniając poły szlafroka. Fiut stał w pełnej gotowości, zadowolony otrzymanymi bodźcami z mózgu. 

- I ty Brutusie przeciwko mnie? 


Kiedy do mieszkania wpadła Ji-soo z grubsza już ogarnąłem. Siedziałem, sącząc czarną i gorzką jak smoła herbatę. 

- Jestem już. - Spojrzała na mnie krytycznym okiem. Obeszła mieszkanie, udając policyjnego psa. 

- Śmierdzi tu seksem, kogo bzykałeś? 

- Nie wiem. - Rzuciłem krótko, nie chcąc wracać do sytuacji. - daj mi tabsy.. - wyjęczałem, kładąc czoło na przyjemnie zimnym blacie stołu. 


- Masz. - Zaszeleściła reklamówką obok mnie

- Oppa, co się z tobą dzieje? Co się stało w Seulu? Czemu przyjechałeś? 

Zdecydowanie bardziej podobało mi się pierwsze pytanie, niżeli każde kolejne. 

- Chyba spałem z jakimś typem, którego niedawno wywaliłem z mieszkania. 

- Typa? Jin-hoon jesteś biseksualny? - Patrzyła uważnie na moją reakcję, czułem to spojrzenie, które wwiercała we mnie w tej chwili. Połknąłem dwie pastylki, popijając wodą. Odkręciłem jeszcze małą buteleczkę, wypijając ją jednym haustem. 

- Ja nie mówię, że to źle, ale nie znasz go? Kim był? Jakiś polski fan? Wie kim jesteś?

- Ji-soo, nie mam zielonego pojęcia, ale wnioskuję, że nie bo nie znał nawet mojego imienia. 

- Ufff.. - wyraźnie odetchnęła. 

- Nie mam pojęcia jak to się stało. Obudziłem się z nim w łóżku. A zanim wyszedł .. - podrapałem sie w tył głowy.

- To jeszcze mnie pocałował, tak że mi kemping rozstawił. Więc na pewno nie przyszedł tu bo nie miał gdzie spać. 

- A ten, no używaliście zabezpieczeń?

Spojrzałem na nią gniewnie. 

- Nie mam zielonego pojęcia co stało się wczoraj między dwudziestą trzecią, a ósmą rano.  

- Oppa, a chociaż był przystojny?

- Nawet nie masz pojęcia jak bardzo. 

Oczy tego małego potwora rozbłysły na sam dźwięk słowa przystojny. 

- Spotkasz się z nim jeszcze? 

- Po pierwsze wyrzuciłem go z domu, po drugie nazwał mnie rasistą, wykorzystał po pijaku, po trzecie nawet gdybym po tym miał jeszcze jakieś masochistyczne skłonności żeby go spotkać nie mam ani jego numeru ani nawet imienia. 


Po doprowadzeniu się do stanu używalności chwyciłem odkurzacz sprzątając mieszkanie. W pewnym momencie natrafiłem na coś nie możliwe do zassania. Wyłączyłem na chwilę maszynę i klękając schyliłem się żeby zajrzeć pod łóżko. Moim oczom ukazał się telefon. Z pewnością nie mój. Próbowałem go odblokować, ale bezskutecznie. Westchnąłem siadając na podłodze. 

- Czyli miał rację, jeszcze się spotkamy. 



====

Witajcie, mam nadzieję, że Jin-hoon i jego postać przypadnie wam w serduszka i pokochacie go z czasem tak jak wszystkie inne moje opowiadania. Tymczasem lecę napisać jeszcze rozdział HP i życzę wam udanego weekendu. 



środa, 22 lipca 2020

Zwą mnie księciem Slytherinu - 005

5. Definicja upokorzenia


„I tak się składa, że członkowie Brygady Inkwizycyjnej MOGĄ odejmować punkty. Tak więc, Granger, odejmuję Gryffindorowi pięć punktów za chamskie wyrażanie się o naszej nowej pani dyrektor... Macmillan, też pięć, bo mi się sprzeciwiasz, Potter, pięć, bo cię nie lubię... Weasley, koszula ci wyłazi, za to też pięć punktów... Och, zapomniałem, ty, Granger, jesteś szlamą, więc za to dziesięć...” 
Czas kiedy Draco był przy słodkiej władzy mijały mu bardzo płynie, gładko i szybko. Brygada inkwizycyjna była dla niego niczym zabawa w boga dla zwykłych śmiertelników. W dniu kiedy bracia Wesley spłatali figla odpalając fajerwerki na korytarzach Hogwartu zaraz przy ścianie zakazów i nakazów powieszonych przez tą różową landrynkę, miał być jednym z ostatnich radosnych dni dla gryfonów.

Ślizgon od rana wpatrywał się w Harrego Pottera, nie starał się być przy tym nawet dyskretny wierząc, że właśnie znalazł coś na niego i tym razem jego wróg już mu się nie wywinie spod jarzma "sprawiedliwości".

Snape siedzący w głównej sali zniesmaczony obserwował rysujący się przed nim obrazek. Ten widok, mógł spowodować jedynie kłopoty dla nich wszystkich. Głupota jego najwybitniejszego ucznia powodowała w nim głęboki niesmak. Zamieszał czarną jak smoła małą kawę bez chociażby grama cukru i sączył ją swymi cienkimi jak linia ustami chowając za porcelaną wygięty grymas rozczarowania pomieszanego ze zmartwieniem. Nikogo ta mina by jednak nie zdziwiła. Do tej pory raczej nikt nie widział Severusa Snape z uśmiechem.

Harry ulotnił się z wielkiej sali w chwilę po podwieczorku, albo nawet jeszcze podczas. Dracon podążał za nim ukrywając się w mroku filarów. Zdziwił się jednak kiedy Potter wszedł do biblioteki zatrzymując się niedaleko działu ksiąg zakazanych. Kiedy zniknął mu za regałem zakradł się jeszcze bliżej starając dojrzeć co obiekt jego mrocznego zainteresowania, właściwie tam robi. Zanim jednak zobaczył cokolwiek wielkie, ciężkie tomisko zderzyło się z jego facjatą. Upuścił różdżkę zaskoczony tym nagłym atakiem. Jego ciało posadziło z hukiem jego wielmożny tyłek na podłodze. Głowa jeszcze chwilę kręciła mu się w umyśle dookoła orbity.

- Czego mnie śledzisz tleniona fretko? - Słowa złotego chłopca, nie brzmiały zbyt przyjaźnie. Sama pozycja obronna bruneta wskazywała, że jest przygotowany na kontratak ze strony ślizgona.

Zasadniczo Harry dokładnie wiedział, że blondyn go śledzi i wymyślił plan jak dać mu nauczkę. Ponadto ciężko było nie zauważyć jakie członek Slytherinu ma zamiary na dzisiejszy wieczór po tym jak od pojawienia się na śniadaniu wpatrywał się w niego jakby zamierzał rzucić urok od czasu do czasu ukazując szereg zębów i przebiegły uśmieszek. Harry miał dość brygady inkwizycyjnej bardziej niż ktokolwiek inny, właśnie dzięki nim Dumbledor musiał zrezygnować z pozycji dyrektora w Hogwarcie. Po części brązowowłosy czuł się winny, jakoby to on zesłał taki los na dyrektora organizując spotkania gwardii. Wyrzuty sumienia pogarszały jego samopoczucie motywując do działania.

- Wiem, że spiskujesz Potter, dowiodę tego i wylecisz razem ze swoją szlamowatą przyjaciółką i tym nędzarzem Wesley'em. - Wypluł cedząc słowa.

- Jedyne czego dowiedziesz to tego, że jesteś idiotą. - Uśmiech wypłynął mu na usta, a zielone oczy błyszczały oświetlane przez magiczne płomienie z pochodni.

- Daj mi znać jak spotkasz Dumbledora na zewnątrz w jakiejś spelunie. Pewnie staruch topi smutki w dyniowym piwie swej niekompetencji. - I te oto słowa dotknęły gryfona bo podszedł do Dracona zamaszyście gdy ten wstał próbując sięgnąć po różdżkę. Przybił go do ściany i spoliczkował.  Draco otworzył szerzej oczy upokorzony. Zacisnął usta w cienką kreskę, zmarszczył nienawistnie brwi i ściskając dłoń w pięść, uderzył Pottera w szczękę.
Oszołomiony odskoczył i złapał się za brodę. Szczypiąca gorąc rozlała się po kąciku wargi skapując na podłogę. Po dotknięciu bolącego miejsca, rozcięta warga zaszczypała go, a krew z rany pozostawiła lepki ślad na dłoni.

- Zabolało Potter?

- Nie. Za to boli mnie patrzenie na twój podły, szkaradny ryj.

Przekomarzali się tak jeszcze ze sobą w bibliotece, do czasu gdy Dracon nie trzasnął głową Pottera o regał. Odskoczył od niego, kiedy na jego dłonie trysnęła krew przeciwnika. Patrzył jakby przestraszony nie widząc jak pozbyć się szkarłatu. W momencie kiedy odnalazł wzrokiem leżącą na podłodze różdżkę, którą uprzednio upuścił Potter zablokował jego ruch mierząc w niego. Stopą kopnął drewniany przedmiot, nie spuszczając wzroku z zielonych tęczówek. 

- Jesteś tak naprawdę zgniły w środku, że nie potrafisz być lepszym od swojego ojca?

- Co ty wiesz Potter o moim ojcu i o mnie? - Uśmiechnął się odzyskując zjadliwą pewność siebie po tym jak krew z jego dłoni schował w zaciśniętych pięściach. - Ty nawet nie wiesz czym jest rodzina. Twoi plugawi rodzice byli za słabi, a mugolaki mają cię za nic. Nikt cię nie chce. Nie pouczaj mnie moralnie. - Brunet pozostał niewzruszony docinkami, które słyszał od niego od pierwszego roku nauki w Hogwarcie. Tak długo jak przewodził gwardii Dumbledora i czuł się potrzebny, jego siła nie zagaśnie.

- A kto jest twoją rodziną? Ojciec, dla którego nigdy nie będziesz wystarczająco dobry? Może i nie mam nikogo z rodziny, ale nigdy nie jestem sam Malfoy. Nie muszę nikomu zaimponować, nie muszę być kimś kim nie jestem żebym mógł wieczorem zasnąć.

- Zamknij się.

- Przestań być taki głupi, wszyscy w Hogwarcie cię nienawidzą.

- Nie zależy mi na ich sympatii. Jestem częścią brygady inkwizycyjnej. - Rzekł dumnie, unosząc brwi w geście zadowolenia i wygranej potyczki słownej. Jako potwierdzenie na jego szacie zalśniła w blasku ognia odznaka w kształcie litery "I". Srebrny emblemat wyglądał w rzeczy samej imponująco. Jednakże tylko nieliczni chcieli ją nosić. Ci którzy gotowi byli sprzedać przyjaciół za odrobinę przekonań i zakłamanej ideologii.

- Nigdy go nie zadowolisz, ani ojca ani Voldemorta. Znajdź sobie lepszy powód do życia Draco. - W pomieszczeniu pojawiło się jakoby współczucie? Blondyn nie mógł się nad tym zastanowić, bo Harry wypowiedział zaklęcie, po którym Dracon został całkowicie nagi stojąc po środku pustej biblioteki.

- Wybacz Malfoy, ale nie mogę pozwolić sobie na to żebyś mi dzisiaj przeszkadzał. - Puścił do niego oczko lustrując jego ciało, które chłopak starał się zasłonić rękami. - A to podrzucę ci gdzieś przy wejściu do lochów. - Wskazał podnosząc jego różdżkę. - Miłego wieczora. - Uśmiechając się zniknął za masywnymi drzwiami pomieszczenia pozostawiając za sobą całego czerwonego blondyna.

Purpura na jego twarzy mogła oznaczać zawstydzenie, albo wściekłość. Pomijając przyczyny, jasna skóra kontrastowała z czerwienią sprawiając, że chłopak wyglądał bardzo uroczo i ponętnie. Szata, którą Harry zabrał nie była oczywiście problemem, w dormitorium w szafie wisiała druga. Prawdziwą zmorą był powrót do komnat Slytherinu w lochach. Ani Crab ani Goyle raczej nie przychodzą do biblioteki. Prędzej spotka Granger, niż któregoś z nich.

Wystawienie swojego nagiego ciała na ekspozycje w Hogwarcie dla blondyna było niczym śmierć społeczna. Gdy on zastanawiał się jak wydostać się z biblioteki i nie nadszarpnąć swojej opinii Potter biegł trzymając jego szaty i różdżkę w dłoniach zawinięte w pelerynę niewidkę. Nie zastanawiał się jak głupio i irracjonalnie może wyglądać niosąc "nic", bardziej zależało mu na tym aby nikt nie wiedział czym jest owe "nic".

- Harry czy ty masz szaty Slytherinu? - Dopytywał Ron patrząc na przyjaciela podejrzliwie.

- Aaa.. to. Nie pytaj to część planu. - Uśmiech wykwitł mu na ustach na samą myśl o sytuacji dzięki której wszedł w posiadanie szaty Draco.

- Dlaczego nikt nas nie próbował nakryć tym razem. Znalezienie pokoju życzeń było zbyt łatwe, coś mi tu śmierdzi. - Gdybała brązowowłosa.

- Wszystko w porządku Hermiona, zająłem się brygadą inkwizycji.

- Właśnie z tego powodu masz rozwaloną wargę i głowę? Zabiłeś kogoś z brygady inkwizycyjnej? - Samo pytanie wywołało na jego twarzy uśmiech. Przez chwilę nawet dało się słyszeć krótki chichot.

- Nie, jasne że nie. A to to nic, wpadłem na starego znajomego. - Wyszczerzył się do dziewczyny poklepując ją po ramieniu uspokajająco. - Kiedy to się skończy, wszyscy będziemy się z tego śmiać.

Kiedy Harry zmierzał właśnie pod peleryną niewidką aby podrzucić rzeczy Malfoy'a do lochów usłyszał rozmowę prefekta ze Snape'm.

- Panicz Malfoy w dalszym ciągu nie wrócił do dormitorium. Nie chciałem pana profesora osobiście tym kłopotać, ale wydawało mi się.. - Nie zdążył dokończyć bo Snape mu przerwał wchodząc w słowo.

- W istocie pan Malfoy jeszcze dla mnie nad czymś pracuje.

W głowie Harry'ego pojawiła się myśl z szybkością błyskawicy.

- Wingardium Leviosa. - Wyszeptał a szaty powoli zaczęły szybować w powietrzu. Sam twórca pozostawał jednak w ukryciu. Draco podniósł wzrok ukryty do tej pory w ramionach. Zamglone oczy spoglądały w dal.

- Wiem, że tu jesteś. Napatrzyłeś się już? - Harry nie zamierzał mu jednak odpowiadać. Kiedy tylko zobaczył na twarzy blondyna łzy upokorzenia, które przypuszczalnie ronił do tej pory przez parę godzin. Nie było mu do śmiechu, ani do złośliwości. Czy tak wygląda człowiek, który ma zostać przyszłym bezwzględnym śmierciorzercą? Jego myśli zostały skierowane w zupełnie innym kierunku, kiedy nagle z cienia wyłoniła się postać.

- Nie sądziłem, że mnie zauważyłeś. Nie bardzo rozumiem co robisz w bibliotece o tak późnej porze nago. - Uniósł brew wymownie, ręką wskazując na jego ciało. Draco wyprostował się wyglądając dużo pewniej niż przed chwilą.

- Zabini, radzę ci pilnować swojej szaty. - W odpowiedzi otrzymał uśmieszek.

- Mam dla ciebie lepszą propozycję, odnośnie moich szat - Czarnoskóry, przystojny chłopak zbliżył się do Malfoya jeszcze bliżej, przez co Malfoy cofa się o krok spotykając plecami zimno szkolnego muru. Czekoladowa skóra dłoni Blaise'a dotknęła różowiutkiego sutka blondyna, jednocześnie drugą chwytając jego przyrodzenie. Malfoy jęknął mimowolnie. Zrzucił z siebie pelerynę i wpił w usta przyjaciela.

- Tego chcesz? - Wysapał rozłączając ich usta po niezwykle namiętnym i pełnym pasji pocałunku. 

- Tak, pragnę cię Draco. Przez twoje wspaniałe ciało, fiut właśnie rozsadza mi spodnie. Chcesz pozbyć się mojej szaty? - Uwodzicielski uśmieszek wykwitł na jego pełnych warach. Blondyn bez wahania dopadł paska w jego spodniach, całując go ni mniej entuzjastycznie. 

Harry, nie uciekł z biblioteki od razu. Stał jeszcze długą chwilę zapisując w pamięci intymny moment tych dwóch. Pierwszy raz doświadczył tak erotycznej sytuacji w swoim życiu.


***

Rozdział się podobał? A może masz jakieś dygrysje? Skomentuj, chętnie odpiszę. 


środa, 1 lipca 2020

Zwą mnie księciem Slytherinu - 004


4. Złoty chłopiec


 "To, co się wtedy roztrzaskało, było tylko zapisem przepowiedni przechowywanym w Departamencie Tajemnic. Ale przepowiednia została wygłoszona przed kimś i ta osoba wciąż ma sposób, by ją sobie dokładnie przypomnieć." 


Omdlał w końcu, a ja poczułem głębokie poczucie winy. Do tej pory nigdy nie zdarzyło mi się nie zapanować nad sobą w pracy. Nikt jednakże do tej pory nie próbował dobrać mi się do tyłka.
Kiedy nieco ochłonąłem upewniłem się, że Draconowi nic nie dolega oprócz psychicznego wyczerpania i jego życiu nic nie zagraża. Zgarnąłem go na łóżko nieco delikatniej niż przeciętny wór z kartoflami, sam siadając na podłodze, oparty o wyżej wspomniany mebel. Zacząłem się zastanawiać o ironio losu, cóż to się w przeciągu tego tygodnia wydarzyło. Ginny nałożyła na mnie zaklęcie namierzające, wyrzuciła mi komórkę i zrobiła cholerną awanturę. Któż by pomyślał, że po ośmiu latach nadal będę miał takie powodzenie. Od czasu kiedy Kraucz junior wrzucił moje imię do czary ognia młode dziewczęta zaczęły zwracać uwagę na moje o zgrozo samobójczo - bohaterskie czyny. Bycie aurorem w ministerstwie jedynie pogorszyło sprawę. Cierpiało na tym moje małżeństwo. Ginny Wesley, którą poślubiłem była straszną zazdrośnicą. Miało to w sobie wiele uroku. Zawsze chodziła wokół mnie wypachniona, odstawiona i troskliwie, aczkolwiek zaborczo dobierała mi ubrania pod szatę do pracy, myśląc że cokolwiek spod niej widać. Uśmiechnąłem się na samą myśl. Przetarłem oczy dłonią zdejmując okulary. Muszę kupić nowe soczewki. Te wczorajsze już się nie nadająbo wypadły na podłogę. O ironio losu. Potarłem kark i oczyszczając Dracona z ziemi która wkradła się nie wiadomo skąd na jego bose stopy, kolana i dłonie. Chwyciłem różdżkę, którą odebrałem podczas przeszukania jednemu z przestępców.
- Tergeo - wyszeptałem, a jego ciało na nowo stało się czyste. - Gdzie się podziewałeś w ciemną noc o tej porze. Złamałeś mi różdżkę, a Ministerstwo rozerwie mnie na strzępy jeśli ta eskapada ujrzy światło dzienne. 
- Zawsze byłeś strasznym gnojem. - Westchnąłem i zebrałem się z podłogi. Spojrzałem na swoją dłoń opuchniętą przez ciosy zadane Draconowi. - Będę musiał znowu okłamać Ginny. - Potarłem jeszcze kulę leżącą na nocnej szafce, którą kolokwialnie mówiąc ukradłem z departamentu tajemnic. Kiedy ją rozbiłem jak do sali przepowiedni wpadli śmierciożercy już nigdy nie chciała ujawnić prawdy. Poskładałem ją zaklęciem, na pamiątkę. Jest niegroźna, przypomina mi jednak przeszłość..

Oto nadchodzi ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana...
Zrodzony z tych, którzy trzykrotnie mu się oparli. 

A narodzi się, gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca...
A choć Czarny Pan naznaczy go jako równego sobie, 

będzie on miał moc, jakiej Czarny Pan nie zna...
I jeden z nich musi zginąć z ręki drugiego, bo żaden nie może żyć, gdy drugi przeżyje...
Ten, który ma moc pokonania Czarnego Pana narodzi się,

 gdy siódmy miesiąc dobiegnie końca...


*
Deportowałem się prosto do domu czując, że jeszcze chwila i zasnę na stojąco. Kiedy otworzyłem drzwi kluczem, zegar w korytarzu wskazywał trzecią rano. Alkohol już dawno ulotnił się z krwiobiegu, głowa jednak nieznacznie sprawiała uczucie dyskomfortu. Wypiłem w kuchni szklankę wody, kiedy światło zapaliło się gwałtownie. We framudze stanęła Ginny Wesley, z założonymi rękami spojrzała wymownie na swojego męża.
- Na Merlina, wiesz która jest godzina? I nie mów mi, że zasiedziałeś się w ministerstwie bo nie uwierzę. - W istocie, nie zasiedziałem się w ministerstwie. Kiedy próbowałem się wytłumaczyć, pomijając ściśle tajne informacje, kobieta, odwróciła się na pięcie machając zniechęcona ręką. - Oh daruj sobie, tą woń alkoholu czuć już na piętrze. - Nie miałem nic do dodania, westchnąłem kiedy zniknęła wchodząc po schodach.
*
Kiedy wyszedłem spod prysznica usłyszałem szmer na korytarzu, pochodzący z piętra domu. Po schodach sfrunęła kołdra, z piżamą i wylądowała niezgrabnie na kanapie. Była to jednoznaczna i dosadna informacja, że żona nie zamierza mnie dzisiaj wpuścić do sypialni. Złościła się ostatnio coraz częściej, a ja zastanawiałem się co z tym zrobić. Ułożyłem się na kanapie spoglądając na stopy nie mieszczące się na meblu. Podkurczyłem kolana i przekręcając się na bok wpatrywałem się w stary, masywny kominek. - Lacarnum Inflamari - Zaledwie parę ogników zaczęło skakać po ułożonym za szklaną szybą belkach drewna. Niedługo po tym, znużony i ukojony zasnąłem.
*
Obudziło mnie twarde lądowanie na podłodze. Ogień już dawno zniknął nie spalając drewna. Przeciągnąłem się wchodząc do kuchni, włączyłem ekspres i za pomocą zaklęcia wyczarowałem z szafki kubek, który wylądował pod dozownikiem. W tym samym momencie ekspres zaczął skrzypieć, sapać i wypluwać czarną jak smoła ciecz. Udałem się schodami na piętro, gdzie znajdowała się nasza sypialnia. Wchodząc do pomieszczenia pierwszym co zobaczyłem był wypięty tyłek Ginny, który nie zakrywała kołdra. Materiał zamiast ją okrywać, leżał połowicznie na podłodze i jej głowie. Uśmiech wykwitł na mojej zmęczonej twarzy, ujmujący widok. Wręcz rozkoszny, pomyślałem i natychmiast ruszyłem naprawić zastałą anomalię. Ujrzałem jej spokojną twarz i zdałem sobie sprawę, że taką rudowłosą właśnie pokochałem. Nieśmiałą, czerwieniącą się na mój widok. A jednocześnie świadomą, czego ode mnie chce. Kiedy wcisnęła mi na palec obrączkę, wiedziałem że to jej zaciekły uśmiech chcę oglądać przez resztę swojego życia. Odgarnąłem, opadające pukle włosów z twarzy i schyliłem się skraść z tej brzoskwiniowej twarzy całus, kiedy to zachłanna dłoń pociągnęła mnie na łóżko. Wtuliła się we mnie oddychając w moją szyję. Westchnąłem czując, że w piżamie zaczyna robić mi się ciasno. Pachniała anyżem i wanilią. Zapewne upiekła wczoraj swoje popisowe ciasteczka, których nienawidziłem. Jadłem je jednak za każdym razem bardzo gorliwie, nie chcąc sprawić jej przykrości. Ale jak boga kocham jeśli wczoraj też zrobiła podwójną porcję, pozbędę się ciastek zaklęciem wyparowującym. Albo zgładzę samego siebie. Skradłem całus z tych ładnie wyrzeźbionych różowych usteczek. Skradłem kolejne dwa, wzdychając z narastającego pożądania. Nie byłem dla niej dobrym mężem. Potarłem kciukiem delikatne policzki, następnie powieki, opuchnięte zapewne od płaczu. Zamiast pić z Malfoyem powinienem do niej wrócić wcześniej. Cały tydzień nadrabiałem zaległe sprawy papierkowe w ministerstwie, kiedy wracałem za każdym razem robiła niezadowoloną minę i mówiła, że dzwoniła do Rona, który zawsze wraca do domu o normalnej godzinie. Tak Ron też został aurorem, jesteśmy jednak w innych departamentach, więc mój drogi szwagier może wrócić do Hermiony ku jej niezadowoleniu znacznie wcześniej niż ja. W głowie odtworzył mi się jej głos kiedyś w odwiedzinach zasłyszany.
  Harry, Ron to chyba wcale nie pracuje w ministerstwie, czemu wraca do domu tak wcześnie? Ten obibok nie dość, że wraca wcześniej niż ja, nawet palcem nie kiwnie w domu dasz wiarę. Ginny mówiła, że wracasz po nocy. A ten wraca i cały dzień leży na kanapie. Pewnie wam ciężko jak widujecie się tak rzadko. 

Raz jeszcze skradłem całusa, po czym już śmielej wślizgnąłem się językiem do środka. Ginny tylko coś mruknęła i nieco się odsunęła. Ułożyłem się obok na łóżku, dłonią wślizgując się między poły satynowego szlafroka. Palcami wyczułem materiał szortów, który zręcznie odsunąłem docierając do strategicznej strefy partnerki. Starałem się ją pobudzić pocierając palcem wejście, co po chwili zaczęło przynosić delikatny skutek, bo dziewczyna zaczęła ciężej oddychać. Wzdychnąłem czując jak bardzo twardy i spragniony jestem. Wsunąłem palec głębiej, zanurzając się w niej. Była ciepła i lepka. Zacząłem poruszać palcem już śmielej wydobywając z jej gardła cichutki jęk. Przez chwilę przestałem, wysuwając palec czując jak jej soki wypływają na udo. Wyjąłem go tylko po to by za chwilę dołączyć drugi. Pobudzałem ją mocniej, chcąc obudzić jak najszybciej. W przeciwnym razie chyba skończę w gaciach.

Wsunąłem język w te słodkie wargi, które oddały francuski pocałunek. Przerywając połączenie jedynie na wydanie z siebie sapnięcia. Napotkałem przed sobą brąz jej pięknych głębokich oczu. Malowało się w nich z pewnością pożądanie. Po chwili jednak zmarszczyła brwi, jakby w tym momencie dopadła jej umysł rzeczywistość. Nie zważając na narastającą falę złości z jej strony korzystając z chwilowego rozkojarzenia spowodowanego pracą moich palców, wysunąłem je z niej zastępując czymś znacznie większym i dłuższym. Westchnąłem czując jak otacza mnie to cudowne gorąco. Jęknęła głośno kiedy wszedłem i natychmiast starała się mnie z siebie zrzucić. Przytuliłem ją mocno, mając nadzieję że chwila uniesienia zaćmi jej wczorajszy żal. Nakryłem jej usta swoimi, całując żarliwie. Pieściłem jej szyję językiem, ssąc i przygryzając delikatnie i po chwili jej stalowy uścisk na moim karku zelżał. Rozchyliłem poły szlafroka odkrywając, że pod nie ma żadnej koszulki. Moim oczom ukazały się dwie zgrabne piersi, które natychmiast zacząłem otaczać troskliwymi pieszczotami. Wtórowały im coraz szybsze ruchy moich bioder spotykających się z jej łonem. Pojękiwała cichutko, na twarzy wypełzł ten słodki rumieniec, który zawsze się tam znajdował kiedy ją brałem w ten sposób. Poruszałem się coraz szybciej, zmieniając pchnięcia, próbując odnaleźć te niosące spełnienie.

       Przymknąłem oczy wyobrażając sobie jak kochamy się przed oknem, jak posuwam ją kiedy rozmawia przez telefon, albo w ministerstwie kiedy przyszła przynieść mi lunch. Posapywania w pokoju rozdziera jej głośny jęk i już czuję, jak zaciska swoje mięśnie kegla na moim przyrodzeniu zakleszczając go prawie boleśnie. Zakładam sobie jej uda na ramiona, pogłębiając penetrację. Poruszam się coraz szybciej z ciałem całym zroszonym potem. Przymykam oczy starając skupić się na chwili orgazmu, który nie nadchodzi. Jeszcze parę niedokończonych ruchów i obracam jej ciało gwałtownie na brzuch. Wchodzę w nią cały do końca. Jęczę przy tym gardłowo i ściskając jej pośladki uderzam głośno jądrami o jej ciało. Napieram niczym imadło, a przed oczami mam jej zgrane kształty. Chwytam jej włosy i zmuszam żeby odchyliła nieco głowę do tyłu. Szarpnęła się lekko niezadowolona z braku mojej delikatności. Parę kolejnych pchnięć i zaciskam palce na wezgłowiu łóżka czując jak wszystkie moje mięśnie spinają się jednocześnie. Dochodzę dysząc i opadając na jej plecy. Jeszcze chwilę czuję dreszcze opuszczające moje ciało. Zerkam na zegarek - Dochodzi siódma rano. Godzinna stymulacja, żeby dojść. Harry starzejesz się. Całuję jej plecy starając się załagodzić sytuację.

 Kładę się obok. Odwraca się do mnie z zawstydzonym spojrzeniem.
- Już nasycony? Ty cholerny perwersie - Pyta mnie bezceremonialnie. Wiem o co się złości. Nie lubi kiedy ją tak szarpię. Moja żona najchętniej by chciała żebym kończył w tym samym momencie co ona i gładził jej ciało z czułością i romantyzmem. Zamiast odpowiedzi, składam na jej ustach najbardziej czuły pocałunek na jaki mnie stać. Topnieje w moich ramionach.
- Pośpijmy do ósmej. - Wiem, że nie mogę spełnić jej prośby. Zamiast tego utulam ją i rzucam bezdźwięcznie somnus, po chwili Ginny już smacznie śpi.

Wymykam się z małżeńskiego łoża na balkon. Spod parapetu wyjmuję ukrytego na chwilę jak te papierosa.

- Lacarnum Inflamari - Zaciągam się mocno, rozkoszując się gorzkim smakiem dymu. Stopy marzną mi na kafelkach pokrywających podłogę balkonu. Lato jest z roku na rok coraz zimniejsze z rana.



****


Książe Slytherinu powraca w lekko hetero wersji, jedynie na potrzeby związku małżeńskiego Harrego. Zapraszam was do komentowania i śledzenia reszty moich opowiadań.

Wasza D.






piątek, 26 czerwca 2020

1. Iskra z Itaewon

“To be able to smile, after giving you my everything.”

Telefon w kieszeni wibrował jak żywy organizm.
Nie odbierałem.
Każda wibracja była jak cios — przypomnienie, że świat wciąż chce ode mnie reakcji, wyjaśnień, przeprosin, skruchy. A ja nie miałem już nic do oddania.

Schody prowadzące z metra na powierzchnię Itaewon były mokre, śliskie, zalane światłem neonów odbijających się w deszczu. Zielone tablice kierunkowe wisiały nad głowami jak obietnice, z których żadna nie była dla mnie. Stałem pośrodku wyjścia, bez parasola, bez planu, bez przyszłości.

Niebo było nisko. Granatowo-szare, ciężkie, jakby miało mnie przygnieść do asfaltu. Deszcz uderzał o czarne szkła okularów, rozmazując obraz świata — i pozwoliłem mu to robić. Jeśli coś miało płakać, niech będzie to niebo. Ja już nie potrafiłem.

Wargi miałem pogryzione do krwi. Nie zauważyłem nawet kiedy. Każdy nerwowy ruch szczęki kończył się pieczeniem, ale ból fizyczny był niczym przy tym, co działo się pod żebrami.

Jak można umrzeć stojąc?
Jak można oddychać, kiedy serce jest w kawałkach?

Wszystko zwolniło.
Ludzie poruszali się jak przez wodę. Parasole mijały mnie jak czarne plamy. Jedynie muzyka w mojej głowie była nienaturalnie głośna.

The Black Skirts — Till the End of Time.

Znałem każdy wers. Każde słowo było wspomnieniem. Każde wspomnienie było nim.

Włosy przykleiły mi się do czoła i karku — mokre, ciężkie, lodowate. Ktoś mnie szturchnął ramieniem, ktoś inny rzucił szybkie 죄송합니다, ale nie reagowałem. Stałem bez ruchu, jakby jeśli się nie poruszę, świat zapomni, że istnieję.

Wiatr strącił mi płaszcz z ramienia. Zimno wdarło się pod materiał i rozlało po klatce piersiowej, aż odruchowo się skuliłem.

Itaewon.

Mój azyl.
Mój grzech.
Miejsce, w którym wszystko się zaczęło.

I miejsce, w którym wszystko się skończyło.

To tu zobaczyłem go po raz pierwszy. Stał pod światłem baru, z tym swoim nieufnym spojrzeniem, jakby świat był czymś, czemu nie można ufać. Pamiętałem dokładnie, jak wtedy na mnie spojrzał.

Podniosłem wzrok.

I zobaczyłem go.

Stał po drugiej stronie ulicy. Bez parasola. Dokładnie tak, jak zapamiętałem. Sylwetka, ruch ramion, sposób, w jaki odgarnął mokre włosy z czoła.

Serce zatrzymało mi się na ułamek sekundy.

— … — próbowałem powiedzieć jego imię.

Mrugnąłem.

Nikogo tam nie było.

Zrobiło mi się słabo. Kolana zadrżały.

Już zaczynam.
Już się rozpada.

Odepchnąłem się od barierki i ruszyłem przed siebie, zanim panika zdążyła mnie dogonić. Przechodząc przez ulicę, usłyszałem szept.

— …to on?

Zamarłem.

— To Jin…
— Niemożliwe…
— Przecież to on…

Ktoś chwycił mnie za rękaw płaszcza. Szarpnął.

— Hej! To ty, prawda?!

Serce eksplodowało mi w piersi.

— Puść mnie — wysyczałem, próbując się wyrwać.

Kolejna dłoń. Kolejna. Ktoś pociągnął mnie za kaptur. Ktoś inny krzyknął coś o obrzydliwości, o wstydzie. Słowa mieszały się z deszczem, z krwią pulsującą w uszach.

— Zrób zdjęcie!
— Zobaczcie go!
— Jak śmiesz?!

Ktoś mnie popchnął. Zachwiałem się, uderzając plecami o metalową barierkę. Ból przeszył kręgosłup, ale adrenalina była silniejsza.

Nie wiem, jak się wyrwałem.
Nie wiem, kogo odepchnąłem.
Pamiętam tylko, że biegłem.

Biegłem, jakby od tego zależało życie.


Lotnisko było koszmarem.

Światła zbyt jasne. Ludzie zbyt blisko. Każdy dźwięk za głośny. Każde spojrzenie podejrzane.

Czapka. Maseczka. Kaptur. Okulary.

Kamuflaż.

Drżały mi ręce, kiedy podawałem paszport. Kiedy kazali mi zdjąć okulary, poczułem, jak żołądek skręca mi się w supeł.

— Proszę zdjąć maseczkę.

Zrobiłem to.

Szepty.
Zatrzymane oddechy.
Czyjeś oczy rozszerzone ze zdumienia.

— To…
— Nie, przecież…
— Czy to nie…?

Oddali mi paszport. Bez słowa. Jakby bali się, że jeśli coś powiedzą, eksploduję.

Samolot oderwał się od ziemi.

Dopiero wtedy pozwoliłem sobie zapłakać.


Warszawa przywitała mnie ciszą, która bolała mniej niż krzyki.

Jedna walizka.
Jedno życie, które zostawiłem za sobą.

Drzwi apartamentu zamknęły się za mną głucho. Panorama miasta była obojętna. Nieruchoma. Bezpieczna.

— Jin-hoon!

Jej ramiona. Jej zapach. Jedyna stała rzecz w świecie, który właśnie się zawalił.

Wieczorem leżałem na kanapie, z jej głową na mojej piersi. Patrzyłem w sufit, nie widząc nic.

Łza spłynęła mi po policzku.

— Ji-soo… — wyszeptałem.

Uniosła się, patrząc na mnie uważnie.

— Tym razem… — głos mi się złamał. — Tym razem naprawdę wszystko spierdoliłem.

I to była prawda.




*

Dziękuje, że nadal tu ze mną jesteście po tych 6 latach nieobecności. To i inne opowiadania będą kontynuowane. Planuję również wiele innych.

Wasza D.

1. 2020


Wpadłam sprawdzić jak się macie. Mamy rok 2020, korona wakacje jak niektórzy opisują, ten jakże zaskakujący periodyk naszego życia. Mam nadzieję, że trzymacie się zdrowo i pozytywnie. Z tejże okazji wróciłam coś napisać. Jak widzicie zmieniłam również szatę graficzną. Nie jest to jeszcze wersja ostateczna, jednakże idę w ten deseń. Co do opowiadań zamierzam kontynuować. Jedne muszę od nowa przeczytać inne ponownie pokochać. A z księciem Slytherinu przeprosić. Zaczęłam tworzyć też 2 całkiem nowe opowiadania. Chwilowo szukam również edytora, który zechciał by poprawiać moje błędy.


Trzymajcie się zdrowo! A ci z was, którzy mogą.. Niech idą na wybory.
Wasza D.

Popularne rozdziały