Blog z opowiadaniami o boys love, lub jak niektórzy inaczej nazywają o tematyce yaoi czyli miłości pomiędzy dwoma mężczyznami. Jeżeli nie lubisz tego typu rzeczy po prostu wyjdź. Resztę zapraszam do czytania rozdziałów. Lżejszą formą yaoi jest shounen-ai. Damessa

Statystyka

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Zwą mnie księciem Slytherinu. - 002

2. Malfoy Minor.

Kiedy dowiadujemy się, że nie mamy już nic oprócz domu i matki przychodzi ulga. Ulga spowodowana świadomością posiadania czegokolwiek. Pozorne bezpieczeństwo jakie zapewniła mi ta myśl zostało zburzone, tak jak i mój dom w którym się wychowałem. Malfoy Minor znajdujące się w Wielkiej Brytanii, w hrabstwie Wiltshire przestało istnieć wraz z moim umieszczeniem w Azkabanie. Zastanawiałem się jedynie dlaczego Narcyza nie przekazała mi tak istotnego faktu.
- Chodź mówiłem, że nie ma po co się tu deportować. - Pojawił sie chwilę po mnie. Wpatrywałem się w ruiny dziedzictwa Malfoyów. Czarne róże uwielbiane przez ciotkę Bellatrix nadal rosły. Niepielęgnowane zarosły większą część placu przed dworem. Krzewa która niegdyś miały prostokątny lub okrągły kształt, teraz straszyły swoimi swawolnymi łodygami.
- Kto ośmielił się to zrobić!
- Rozumiem twój gniew, ale nie możesz teraz kiedy jesteś już wolny, prawie wolny podkreślmy, sprawić że znowu stał byś się w ich oczach złoczyńcą.
- I tak już nim jestem. Wiesz o co pytali? Wiesz że rzucali na mnie niewybaczalne zaklęcie? Takie jest to twoje perfekcyjne Ministerstwo! - Żachnąłem się, robiąc grymas i obniżając głos po chwili dodałem. - Biegnij pieseczku im wyszczekać, to co właśnie powiedziałem. - Nie wiem w którym momencie przestałem rozmawiać, a zacząłem cedzić zimno słowa pełne nienawiści. Popchnąłem go, a kiedy złapałem na powrót poły kurtki jeansowej, zahipnotyzowała mnie jego para zielonych oczu, których koloru wcześniej nie zauważyłem. Czułem gulę w gardle. Nie sądziłem, że pozwolę sobie na tyle emocji. Że coś po wyjściu z tego piekielnego Azkabanu jeszcze sprawi mi taki ból. I mimo, że czyn ten zhańbił mnie jeszcze bardziej nie mogłem powstrzymać pojedynczej łzy. Starł ją chłodnym palcem, a ja natychmiast strzepnąłem jego dłoń zaciskając zęby. 

wtorek, 26 listopada 2013

Nowy rozdział



         Nie będę się rozdrabniać więc przeproszę was jedynie za wymuszony rozdział, którego pisanie zajęło mi o wiele za dużo czasu, a ogólnie z którego efektu zadowolona nie jestem, więc oczekujcie jedynie małej korekty kiedy już wreszcie dostanę wystarczającą ilość czasu.


A tymczasem pomyślałam, że jednak miło wam będzie nacieszyć oczy chociaż odrobiną czułości.......

poniedziałek, 18 listopada 2013

Zwą mnie księciem Slytherinu. - 001



Akcja dzieje się w ostatnich tomach. Niektóre fakty są mocno zmienione na potrzeby opowiadania inne całkiem nie odbiegają od normy. 


1."Świat nadal istniał"



Pierwszy rozdział "Zwą mnie księciem Slytherinu"



Z pewnością świat nadal istniał, ale na pewno nie taki jaki chciałbym żeby był. W moim świcie nie leżał bym na pryczy, masując obolałe plecy. Tak. Z pewnością bym nie leżał.

środa, 9 października 2013

Nowy rozdział


W takim super ekstra szybkim tempie - informuje Was o nowym rozdziale na Skot x Daniel. Dziękuję za komentarze i zapraszam do czytania, zostawiania swojej opinii i ogólnie zawracania mi głowy. A teraz życzę Wam jednak dobrej nocy bo to już 1:20 :(

Dobranoc Wasza D.

sobota, 28 września 2013

Więcej nowych pomysłów.

      Kochani właśnie zaczynam nowe opowiadanie, tym razem jednak postacie nie będą pomysłu mojego. Uwielbiam HP, zapewne nie jako jedyna na tym blogu, dlatego też..

poniedziałek, 23 września 2013

Nowy rozdział


      Kochani w ten paskudny, deszczowy dzień chciała bym was pocieszyć dobrą wiadomością,

środa, 18 września 2013

"Dove stai andando?" - Rozdział 4



- Wraaaaaaaaaaaa! - Krzyczałem próbując rozładować wściekłość, która buzowała we mnie. Całe zajście sprawiło, że moja twarz była krwiście czerwona. Patrzyłem w lustro oddychając głośno. Kopałem walizki i resztę rzeczy, które miały się złożyć na bagaż. Rzuciłem nawet moją cenną rękawicą z podpisem mojego największego basebollowego idola. Mój granatowy pokój nigdy nie był dla mnie cenniejszy niż teraz. Mimo to jednak śmigałem rzeczami w nim niczym orangutan w klatce. Ten cholerny orangutan nie tylko był wściekły, frustracja wylewała się z mojego ciała falami kolejnych dewastacji. Skakałem po łóżku mając na nogach jordany, kupione jeszcze nie tak dawno przez Tarę. Wysoka wieża wyrzucała z siebie dźwięki mojej ulubionej piosenki: Main Source-Just a friendly game of baseball puszczonej na prawie pełny regulator.

środa, 14 sierpnia 2013

Dropsy w szkolnej szafce - VI


Deszcz na nowo lunął, a cała słodycz po lodach rozeszła się niczym mgła w letni, chłodny wieczór. Godzina osiemnasta niosła ze sobą ochłodzenie wraz z unoszącym się coraz niżej słońcem. Drzewa szumiały pod wpływem wiatru, tak jak deszcz który poddawał mu się smagając ludzi na ulicach pod różnymi kontami padania. Kropne uderzały o kolorowe parasole wywołując donośne dudnienie. Opady wydawały się nie mieć końca. Niebo stało się szare, przez co ogólny efekt widać było po minach przechodniów. Jedynie kierowcy samochodów wydawali się niewzruszeni nagłą zmianą pogody. Lucas siedział z przymkniętymi oczami podkulając pod siebie nogi i pozwalając aby deszcz skapywał mu na odchyloną do tyłu twarz. Dzięki temu nie było widać przyczyny jego pobytu. Żałował, strasznie żałował swoich wybuchów

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Dropsy w szkolnej szafce - V



Sterylne, szpitalne powietrze drażniło Lucasa w jego drogi oddechowe. W głowie dudniło mu niczym w studni do której ktoś co chwila wrzucał jakiś przedmiot odbijający się od kamiennych ścianek wytwarzając niemiłe dźwięki. Osoba mu towarzysząca, miała nieobecny wyraz twarzy, jak gdyby nadal była w samochodzie, patrząc w dal. Jego ojciec Gregor nie był złym człowiekiem, był jedynie odrobinę zamyślony w tej chwili. Podszedł do recepcji, kiedy to ciemnowłosy ruszył korytarzem, zabawnie ciągnąc za sobą stopy, przez co szurał dość głośno.   Była to jedyna rzecz, która nie działała na jego słuch jako kolejny powód do bólu głowy. Światła były przygaszone, a zielono-niebieskie ściany aż błagały o dotyk jakiegoś obrazu. Było tu przeraźliwie pusto. Chłopak prawie podskoczył kiedy usłyszał głos dobiegający z sali zaraz obok, której właśnie przechodził.
- Chłopcze. - Powtórzyło się.

czwartek, 8 sierpnia 2013

Sex n' Death - Rozdział 3



- Matko. - kiedy zawołanie nie zadziałało, słowa padły kolejny raz i kolejny, aż w końcu za czwartym rezem pulchna kobieta pociągnęła chłopaka za rękaw. Ten jednak wyrwał się zuchwale i dalej spoglądał na swoją rodzicielkę z oczekiwaniem. Nie przekonywało go jej szeptanie i prośby. Kiedy do wielkiej komnaty weszli straże hałasując przy tym ogromnie, królowa spojrzała w tamtą stronę, pożuciła dotychczasowe zajęcie i usiadła z powrotem na tronie, dumnie wyprężając piersi.
- Słucham was, co jest tak nieznoszące oczekiwania że wpadacie do sali tronowej w taki sposób? - uniosła brew czekając.
- Chodzi o jego książęcą mość, jaśnie królowo. - w tym momencie Henry nie wytrzymał już dalszego ignorowania jego osoby i tupiąc wściekły ruszył przez żołnierzy zaciskając zęby na zmianę, z parskaniem złości.
- To ja! To ja przyszedłem ci o tym powiedzieć matko, tylko mnie nie

czwartek, 25 lipca 2013

"Dove stai andando?" - Rozdział 3



Myśl, że całuję właśnie czyjąś dziewczynę sprawiła że chwyciłem Amy lekko za ramiona i odsunąłem od siebie. Sam nie chciał bym być powodem rozpadu czyjegoś związku, a tym bardziej  być współwinnym zdrady. I mimo że ostatkami sił walczyłem ze swoimi zapędami, wygrałem.
*
Amy poszła, a mi nie pozostało nic innego jak się uspokoić. Jak sięgnę pamięcią, kiedyś jak byliśmy jeszcze dziećmi faktycznie nasze kontakty były bardziej zażyłe. Możliwe że powodem rozłamu było dojrzewanie. Onieśmielało mnie podejście do niej w szkole i poderwanie jej, czy już nawet sama rozmowa. Nie rozmawialiśmy odkąd oboje skończyliśmy osiem lat. Później z mojej przyjaciółki dzieciństwa zmieniła się w atrakcyjną laskę. Kiedy widziałem ją na korytarzu hormony we mnie buzowały. Nie miałem problemów z zagadywaniem dziewczyn. Jednakże między mną a Amy była przepaść. Oboje mieliśmy do siebie sentyment z przeszłości, tylko to nie było argumentem do wznowienia znajomości, aż do tamtej soboty. I kiedy przypominam sobie jak niedojrzały, głośny i głupi byłem staram się nie pamiętać. Kiedy tylko widziałem kawałek jej ciała, chociażby piersi serce tłukło mi się o żebra niczym młot. Czułem jak krew szumiała mi w uszach. Być może właśnie wtedy ta piękna dziewczyna była moją pierwszą miłością, która pomogła pozbierać mi się po wypadkach babci. A Pani Lawrence pomogła mi nawet posprzątać zalaną kuchnię po spryskiwaczach. Z jakiegoś powodu ze znajomymi, z moją zgraną paczką kontaktowałem się tylko sms'ami. Nie chciałem się z nimi widzieć. Kiedy na nich patrzyłem widziałem piątek, widziałem przeszłość. Nie zależało mi już wtedy na niej. Przeszłość była trudna, a ja niczym smarkacz chciałem wtedy nie myśleć o tym  że Tara jest w szpitalu. To egoistyczne. Dowiedzieli się również że mieszkam sam. Stosunkowo krótko zajęło im dotarcie do informacji. Nie jestem pewien czy nie zrobiła tego moja babcia. Capnęli mnie właśnie wtedy, jak przełamałem się po wizycie Amy żeby sprawdzić jak czuje się babcia. Nie musiałem jechać autobusem, podwiózł mnie Marcus przywołany przez dziewczynę. Czułem się jednak źle z tym. Jechałem w samochodzie z chłopakiem ode mnie starszym i możliwe że będącym moim konkurentem. Lubiłbym go jako człowieka, ale na pewno nie jako chłopaka Amy.

Idąc korytarzem szpitala nie zauważyłem kiedy doczepiła się do mnie jakaś kobieta. Przedstawiła się jako opieka społeczna. Wiedziałem już wtedy, że nie wróży to nic dobrego. Na szczęście udało mi się ją zmylić i zgubić.

- Tara - wpatrywałem się w jej spokojną twarz. Oczekiwałem jakiejś reakcji. - Wróć do mnie zaczyna się robić coraz gorzej. Nie chcę być sam.
- Dlatego też nie będziesz. - głos rozpoznałem od razu, nie podnosząc na kobietę w brązowym komplecie garsonki, wzroku. - Skontaktujemy się z zastępczymi opiekunami, ale najpierw sprawdzimy który z twoich krewnych byłby w stanie przejąć nad tobą pieczę.
- Ja mam tylko ją! I nigdzie się stąd nie wybieram.
- Zrozum chłopcze, że nie możesz mieszkać ani w szpitalu, ani sam w domu. Masz dopiero szesnaście lat. - wtrąciła i chyba była już pewna, że wygrała.
- Siedemnaście.
- Słucham? - zapytała nie rozumiejąc mojej wypowiedzi.
- Mam siedemnaście lat. Nie szesnaście. - mój triumf jednak nic nie dał, gdyż i tak zabrakło mi jednego roku.
- Kiedy skończysz wiek pełnoletni, czyli osiemnaście lat będziesz mógł mieszkać sam. Do końca dnia dzisiejszego będę na ciebie uważać. Wieczorem dowiemy się co z twoją rodziną.

Sprawy miały się bardzo krucho. W dodatku ta flądra siedziała mi nad głową. Tym razem pilnowała nawet kiedy wychodziłem do toalety.

Kiedy postanowiłem się spotkać z Michael'em i Kevinem, Dollores pojechała ze mną. Siedzieliśmy sącząc coca colę ze szklanych butelek przez słomki w "Alibis". Było to stałe miejsce gdzie przychodziliśmy się spotykać. Wystawione na tarasie białe krzesła i stoliki pozajmowane były przez zadowolonych, zajętych swoimi sprawami amerykanami. Znalazło by się paru Azjatów, którzy rozmawiali głośno w swoim języku, chichoczące nastolatki, staruszkowie i oczywiście nie spuszczająca mnie z oczu Dollores. Kobieta, która od tamtego dnia miała być moją zmorą.

Kiedy ja tłumaczyłem znajomym moją sytuację, Amy siedziała z moją babcią. Uprzednio obiecując mi że gdy tylko się ocknie da mi znać telefonicznie. Sprawdzałem telefon średnio co dziesięć minut, upewniając się, że nie ma żadnego połączenia nieodebranego. Niestety żadne nowe wieści nie nadchodziły.

Ostatni raz widziałem się z nimi tamtego dnia, kiedy po kawiarni poszliśmy zjeść hot dogi wraz z Dollores.
Później rozbrzmiał już tylko dźwięk telefonu.



***

Tak oto wróciła moja wena i chęci. Postacie nie wyszły mi do końca tak jak chciałam, ale wszystko jeszcze przed nami. Zbliża się niestety koniec lipca, co oznacza połowę wakacji. W sierpniu co prawda pracuję, ale na pewno znajdę czas, żeby jeszcze coś dla was napisać. Tymczasem, życzę miłego dnia z Ustki.



sobota, 20 lipca 2013

Nowy rodział

Zapraszam wszystkich na nowy rozdział na Skot x Daniel.

czwartek, 20 czerwca 2013

Sex n' Death - Rozdział 2

Henry nie był zbytnio zadowolony z zachowania swojego brata. Ostatnio traktuje go albo jak 
powietrze, albo jak natrętnego dzieciaka. Cóż miał począć. Przebiegł przez korytarz i trafiając na drzwi do swojego pokoju trzasnął nimi najgłośniej jak potrafił, a gdy te zamiast się zamknąć jedynie się odbiły, doskoczył do nich jeszcze raz i kopnął je wrzeszcząc. Był młody i zagniewany i może Jamie ma co do tego rację, ale nie powinien go tak traktować. Pierz wysypywał się z wyrzucanych przez okno poduszek.

Luźniejszy strój konny spoczywał już na ramionach i udach blondyna. Buty przewieszone przez
 kark zwisały powodując młodzieńcowi dyskomfort. Sunął ostrożnymi krokami przez długi ciemny korytarz, uważając aby nie natknąć się ani na służbę, ani na członka swojej rodziny. Gdyby to był Henry jeszcze dało by się go jakoś przekupić, gdyby to była jego matka było by to ostatnie wyjście tej jesieni. Przedostanie się z zamku do stajni było więc nie lada wyzwaniem. Mimo to Jamie przebiegał coraz to więcej filarów chowając się za wymyślną draperią ścian, przemykając obok wysokich na 3,5 metra drzwi wysokości prowadzących do jadalni. Kiedy znalazł się na krętych schodach zaczął przyśpieszać puszczając się biegiem. Słychać stąd było już kucharki które przygotowywały obiad. Miły zapach wpadł do jego nozdrzy powodując, że brzuch zaburczał domagając się posiłku. Kuszony przysmakami Buzy zatrzymał się i w kucki przeturlał przemieszczając pod blatem w głąb. Zatrzymał się, unosząc lekko głowę zza lady i obserwował rozstawienie posiłków. Wysunął rękę próbując zwinąć jagodowe bułeczki na deser, gdy poczuł za sobą kobiecy, donośny głos przypominający mu zirytowany ton matki. Bynajmniej nie była to jego rodzicielka. Za jego plecami stała Buza. Kiedy się odwrócił patrzyła na niego karcącym spojrzeniem. Trzepnęła go po dłoni i już bardziej opiekuńczym tonem dodała.
- Jak jaśnie książę chce sobie poparzyć królewską dłoń to proszę bardzo, ale nie w moim królestwie. Rozbolał by cie od tak świeżego ciasta żołądek, a jak widzę znowu zamierzasz się gdzieś wymknąć więc lepiej, żebyś nie musiał tkwić w jakiś krzakach.
Blondyn uśmiechnął się tylko głupkowato, zarzucając kobiecie ręce na ramiona próbował wziąć ją na litość.
- Kiedy twój mały książę jest bardzo głodny, a jeżeli zaraz nie opuści tego przeklętego zamczyska schwytają go i wrzucą do wysokiej wierzy, gdzie zgnije ze starości.
- Też w moim wieku przydał by mi się twój młodzieńczy wigor Jamie.
- Ależ go masz Buza, tylko zawsze wieczorem. Bernard nigdy wtedy nie narzeka.
Pulchna kobieta zarumieniła się trzepiąc młodzieńca ścierką po tyłku za tą zuchwałą uwagę. Na samą myśl o królewskim gniewie za romans z lokajem przestała się uśmiechać.
- Cicho, bzdur nie gadaj. Służba dookoła.
Ściszonym głosem uspokoiła trafne stwierdzenia chłopaka i wręczyła mu ostygnięte bułeczki schowane pod ladą.
- Zmykaj łobuzie zanim oboje będziemy mieli przez ciebie kłopoty.
- Po stokroć dzięki ci o cudowna Buzo.
Wyszczerzył w uśmiechu swoje zęby i wciskając bułki za żakiet pognał w stronę królewskiej sutereny.
Wchodząc do pomieszczenia podpiwniczanego zatrzasnął za sobą masywne drzwi i zniknął w winiarni.
Podstawił sobie beczkę pod komin i wyciągając z niego sadzę na dłoniach naniósł parę razy na włosy. Kiedy upewnił się w odbiciu okna że całe zmieniły kolor i nie widać jego naturalnego, nasunął na nie czapkę i wyczołgał się przez uchylone okno. Kiedy doczołgał się do stajni jego koń poruszył się nerwowo wyczuwając jego zapach. Następnie zarżał, natychmiast uciszony przez Jamiego, który gładził go chwilę po pysku. Nagradzając konia dwiema kostkami cukru, otworzył zagrodę i wyprowadził go jak najszybciej uprzednio zakładając buty. Kiedy przekraczał most straże próbowali go zatrzymać. Brama ostatniego umocnienia otaczającego zamek powoli zasuwała się sprawiając że pozostawało mu coraz mniej miejsca na przejechanie. Ostatecznie zrezygnował jednak z wierzchowca robiąc ślizg między metalowymi wrotami. Koń zaparskał niezadowolony i stanął jeszcze dwa razy na tylnich kopytach zanim zrezygnował i dał się złapać strażnikom. W tym czasie młody książę był już daleko, klnąc brak wierzchowca. Wściekły takim obrotem sprawy zdjął żakiet od stroju konnego i rzucił nim o piaszczystą drogę. Miał teraz ochotę znaleźć się jak najszybciej na polance, obok księżycowego jeziorka. Słońce zachodziło o tej porze roku bardzo szybko przez co zostało mu niewiele czasu.
Kiedy dotarł do lasu i zostało mu coraz mniej czasu, zaczął się przedzierać machając rękami chaotycznie. 
Gęstwina lasu zaczęła w końcu ustępować kiedy słońce zaszło już całkiem. Las stawał się coraz rzadszy, kiedy wreszcie książę stanął na polanie. Księżyc oświetlał już ją leciutko, sprawiając że miejsce nabierało magicznego wydźwięku. Drzewa dookoła i trudność dotarcia do tego miejsca sprawiały, że było jeszcze mniej uczęszczane, ale również intymne. Jamie zdjął buty i zostawiając je w krzakach niedaleko jeziorka, wspiął się na pobliskie drzewo. Tym razem musiał czekać dość długo. Zdarzyło mu się nawet usnąć przez co prawie spadł z drzewa. Księżyc świecił już bardzo jasno, kiedy dwie ciemne postacie weszły na polankę i uciszając siebie nawzajem rozbierając i zanurzając się w wodzie księżycowego jeziorka. Oczy Jamiego błyszczały.

fin.
Kolejny rozdział kochani. Wybaczcie mi za taką przerwę. Wydaje mi się jednak, że było to na korzyść opowiadania. Dzięki czemu fabuła zyskała na świeżości. Zapraszam na inne nowe rozdziały na www. notes-dxl-yaoi.blog.onet.pl :)

Wasza D.

wtorek, 18 czerwca 2013

Nowy Rozdział.

Po długich zmaganiach z onetem i blokadzie twórczej, postanowiłam to wszystko ogarnąć, w skrócie
WRESZCIE DODAŁAM NOWY ROZDZIAŁ! - Nie jest to satysfakcjonujące co prawda po takim czasie, ale od czegoś niestety po takiej przerwie trzeba zacząć. Oficjalnie zawiesiłam już notes.
A nowy rozdział znajdziecie na http://skot-daniel-bialyxczarny-yaoi.blog.onet.pl/ Mam nadzieję, że odnajdziecie się w nowej sytuacji na blogu. A tymczasem miłego dnia :)

czwartek, 10 stycznia 2013

Przeniesienie

Moi kochani jak wiecie onet wprowadził wiele bezsensownych zmian, wydaję mnie się że lepszym wyjściem będzie najnormalniej w świecie przerzucić wszystkie (poprawione) rozdziały o czym osobiście marzę i kontynuować je tutaj. Co wy na to?

sobota, 10 grudnia 2011

"Dove stai andando" - Rozdział 2

Obudziłem się stosunkowo późno. Zazwyczaj wstawałem nie później niż dziewiąta rano. Tym jednak razem po nieprzespanej nocy, w łóżku spędziłem czas aż do czternastej. Brzuch bolał mnie niesamowicie. Jedyne czego nigdy się nie dotykałem, a co zawsze sprawiało mi cholerny problem to gotowanie. Babcia, była zdania że to kobieta powinna umieć przyrządzać posiłki. Nigdy się do tego nie wtrącałem, bo w sumie tak było i mi wygodniej i mojemu stylowi życia. Codziennie śniadanie na stole już gotowe - oszczędność czasu i energii.
Tym jednak razem obiad, będący zarówno pierwszym posiłkiem miałem przygotować sobie sam. 
Sobota, była jednak jeszcze gorszym dniem, niż ten poprzedni. Żaden sprzęt kuchenny nie chciał współpracować. W domu poczułem spaleniznę wylatującą z tostera i w około wszystko zrobiło się nagle mokre, kiedy automatyczny alarm, anty pożarowy uruchomił spryskiwacze. Stałem wtedy po środku wściekły, mokry i zaczęło robić mi się zimno. Czy ja prosiłem o lodowaty prysznic? Na domiar złego, usłyszałem dzwonek do drzwi. Chwyciłem natychmiastowo ręcznik i wytarłem co się dało, żeby wyglądać jak człowiek. W drzwiach stał nie kto inny jak Amy Lawrence. Największa laska w szkole poczynając od 1 klasy na 4 kończąc. Kiedy szła korytarzem oglądała się za nią nie tylko męska, ale i również żeńska część szkoły. Miała na nosie te czarujące okulary z czarną oprawką od Ray Ban'a, które ukrywały jej delikatny nosek i zalotnie podkręcone tuszem rzęsy.  Tyłek okalały zwykłe przecierane granatowe jeansy, biała zwiewna koszula, pod nią bokserka w kwiaty, szpilki w kolorze indygo, jeansowa wybielana kamizelka i opaska przypominająca warkoczyk. Nie mogąc się powstrzymać uśmiechnąłem się nie mogąc uwierzyć we własne szczęście.
- No wpuścisz mnie wreszcie do środka? - Doszedł mnie jej już lekko zniecierpliwiony ton głosu, który zazwyczaj działał na wszystkich jak plaster miodu na serce.
Odskoczyłem od drzwi i w mgnieniu oka znaleźliśmy się oboje w środku. Nie zdjęła butów zamiast tego przeszła przez całą długość salonu rozglądając się w około niczym drapieżnik szukający swojej ofiary.
Zmierzyła mnie wzrokiem z lekkim politowaniem i nakładając ręcznik na moją głowę uprzednio zabierając mi go z dłoni, delikatnie zaczęła osuszać moje włosy. Kątem oka zauważyła chyba zamieszanie jakie zrobiłem w kuchni bo właśnie tam zmierzała zakładając ręce w "x". Zacmokała niezadowolona i z kpiącym uśmieszkiem na twarzy powiedziała mi o moim stanie fizycznym, oraz intelektualnym.
- Może jednak przestaniesz stać jak kołek i pójdziesz się ubrać, a później przyjmiesz mnie jak gościa? To chyba umiesz zrobić co..?

- Tak! Poczekaj w salonie zaraz się ogarnę i do ciebie wrócę!
Popędziłem na górę w tempie na jakie do sportowca przystało. Dopadłem dębowej szafy i wyjmując z niej czarny podkoszulek, jasne jeansy, basebolówkę jaką kupiłem żeby szpanować przed dziewczynami, czyste bokserki i skarpety, zacząłem się szybko wycierać i ubierać. Nie wierzyłem że Amy siedzi właśnie na mojej kanapie w salonie i oczekuje mojego przybycia. A właściwie to czemu zawitała akurat w moich progach ? Poprawiając jeszcze włosy w lustrze naprzeciwko łóżka zbiegłem po schodach na dół.

- No wreszcie wyglądasz jak człowiek. - Skomentowała bez ogródek mój wygląd i poklepała kanapę obok siebie, uprzednio wybierając miejsce w którym powinienem spocząć.
- Powiesz mi dlaczego zawdzięczam twoją wizytę w moich skromnych progach?
- Dowiedziałam się od Marcus'a o wypadku twojej babci. - Położyła swoją małą ciepłą dłoń na moich splecionych w jedną pięść.
- Od Marcus'a ? Długo się znacie?
- Praktycznie od urodzenia, czemu pytasz?
- Tak po prostu, nie myślałem, że od razu z tą wieścią przyjdzie do ciebie.
- Powiedział mi przy kolacji, jak rozmawialiśmy. - Poprawiła za ucho blond pasemko włosów które uciekło z kucyka wysoko, aczkolwiek bardzo luźno upiętego na części potylicznej czaszki.
- Często jecie razem kolacje?
- Codziennie, a co w tym dziwnego?
- Yhym.. A nie obrazi się że jesteś teraz sam na sam z innym chłopakiem.
- Nie jest moim ojcem, nie może mi zakazywać spotykania się z kim mi się żywnie podoba. Czemu tak dopytujesz? Mam sobie iść?
- Nie! Oczywiście że nie, przepraszam za ten wywiad musiałaś poczuć się niekomfortowo. - Odsunąłem ręce tak, że musiała zabrać uprzednio swoją.
- Jeszcze bardziej niekomfortowo się czuję widząc jak się przede mną zamykasz. - Chwyciła mnie za podbródek i spojrzała swoim twardym wzrokiem w moje oczy. 
- Przyszłam bo chciałam cię jakoś pocieszyć. W szkole zawszę chodzisz z tymi swoimi kumplami, nie mieliśmy nawet jak porozmawiać. A kiedyś przecież znaliśmy się lepiej. - Nie mogłem skupić się na jej słowach, kiedy jej biust wychylił się zza koszulki. Chyba się zorientowała gdzie się patrzę bo przybliżyła się do mnie, tak że oddychaliśmy tym samym powietrzem. Widziałem jej delikatne piegi na nosie, których nigdy przedtem nie zauważyłem. Doszedł do mnie delikatny zapach jej perfum. Zdjęła czarne oprawki i opierając swoją lewą dłoń na moim torsie, poczułem jej delikatne usta na moich. 
* * *

Kolejny rozdział "dokąd zmierzasz" nieco później niż się zapowiadało.  Musicie mi wybaczyć to zaniedbanie, ale ostatnio nie mogę się zabrać za pisanie. Mniej więcej od koncertu Marsów. No i poznałam osobę która pochłania bardzo dużo mojego czasu : > Nie obiecuję szybko kolejnej notki. Mam aspiracje napisania jej na następny weekend, ale to na razie tylko plany. Życzę miłego dnia i zapraszam na kolejne notki.


   Pozdrawiam                         ..

niedziela, 30 października 2011

Dropsy w szkolnej szawce - IV

            Po zamknięciu drzwi za przyjacielem wcale nie było lepiej. Można nawet powiedzieć, że gorzej bo zamiast podniecenia Mark czuł żal, gorycz, smutek i złość - do siebie. Wszystko to zadziało się zbyt szybko. Nadal gubił się w tym wszystkim. Nadal niczego nie był pewny. Nadal.. niczego nie rozumiał tak jak Lukas, który rozdrażniony wszedł właśnie do domu i od razu ściął się z siostrą.
- Wyjdź stąd! - Darł się po paru próbach niepowodzenia brązowowłosy.
Chciał w tej chwili zostać sam. Nie wiedział co się dzieje z jego przyjacielem. Chciał mu pomóc, a blondyn zamykał się przed nim. Niesamowicie go to frustrowało. Być może to właśnie poczucie bezsilności  denerwowało go w tym najbardziej.
- Kazałem ci do cholery wyjść!! - Wstał zamaszyście i popchnął ją.
Ta upadła na podłogę uderzając plecami o ścianę i krzyknęła z bólu. Łzy popłynęły jej po policzkach. Lucas nie chciał jej skrzywdzić, nie był z tych których bawiło zadawanie bólu innym, ale w tym momencie nad sobą nie panował. Kiedy dziewczyna wybiegła i schowała się w swoim pokoju trzaskając, że futryna zaskrzypiała, ten kręcił się w te i z powrotem otwierając i zamykając bez przekonania drzwi wejściowe. Miał ochotę wrócić do mieszkania przyjaciela jednak nie miał na tyle odwagi by przekroczyć próg. Bił się w myślach planując rozmowę jutro w szkole.
- Konfrontacja to jedyne wyjście. Mark wyciągnę to z ciebie choćby nie wiem co!
Tylko odrobina wysiłku była w stanie go teraz rozluźnić. Przebrał się w dresy i zapinając bluzę pod samą szyję wyszedł na dwór. Było już ciemno, a jego rodzice mieli wrócić około 19.30. Spojrzał na zegarek. Jak Chloe posiedzi pół godziny w domu sama nic jej się nie stanie. Podskoczył parę razy w miejscu i zaczął powoli truchtać. Założył słuchawki włączając radio. Nie chciał teraz o niczym myśleć. Chciał się zrelaksować.
Może minęło ponad dwadzieścia minut kiedy poczuł szarpnięcie, cios w twarz, a zaraz po tym kosę przez co gruchnął na chodnik niczym kłoda. Napastnicy wyrwali mu telefon wraz ze słuchawkami i uciekli nie czekając aż ich ofiara odzyska rezon.
- Kurwa!
Powrót do domu nie był niczym przyjemnym. Poobijany Lukas natarł się od razu, na samym wejściu na rodziców, nagle ożywieni jego przyjściem. Matka podbiegła do niego pociągając go za poły ubrania do światła. Aż zasłoniła usta widząc twarz swojego pierworodnego.
- Boże, George widzisz co on sobie zrobił?! Chryste Panie gdzieś ty był?!
- Mamo, nic mi nie jest.
- W szkole się biłeś?!
- Nie..
Przyznał nieco zawstydzony swoją głupotą i spuścił wzrok kiedy spotkał karcące spojrzenie ojca, który zainteresował się interwencją żony.
- Skąd to masz?
Ton jego drugiego rodzica, był bardzo surowy. Blondyn wiedział, że z tej sytuacji nie wyniknie nic dobrego.
- To nic takiego.. byłem pobiegać. Zabrali mi telefon i zostawili to.
Wskazał na podbite oko i rozcięty łuk brwiowy. Chloe również dołączyła do dyskusji rodziców. Zamierzała odegrać się na bracie za jego poprzednie zachowanie.

Cholerna skarżypyta, tylko otwórz twarz, a mnie popamiętasz..
Lukas nie chciał słuchać ich wywodów, próbował ich wyminąć i ukryć się w pokoju, ale drogę zastąpiła mu Chloe.
- Może pochwalisz się mamie jak mnie dzisiaj pobiłeś? 
Uśmiechnęła się pewna swojego zwycięstwa i puściła mu oczko, czego nie mogli zauważyć rodzice.
- Co takiego?!
- Mamo, popchnąłem ją tylko nie chcący!
- Ojciec już chyba rozmawiał z tobą na temat traktowania młodszej siostry. Zawiodłam się na tobie. Przebierz się i jedziemy do szpitala zszyć ci brew. Czy chociaż jednego dnia nie można was zostawić samych żebyście się nie pozabijali?! A na telefon zarobisz sobie sam, mam już dosyć twoich wyskoków. Jeżeli nie szanujesz mojej i twojego ojca pracy nie dostaniesz nowego telefonu. Kieszonkowe też ci zabieramy. Pośpiesz się, ojciec nie będzie na ciebie czekał nie wiem ile.
Kiedy skończyli dyskusję zegar wybił w pół do 21. Czarny jaguar mijał z dużą prędkością kolejne ulice dzielące jego kierowcę i jednego pasażera od szpitala miejskiego. Między ojcem i synem panowała cisza, żaden z nich nie zamierzał się odezwać. Oboje mieli żal do siebie.
 ****

I takim oto sposobem mamy kolejny rozdział. Muszę przyznać, że pisany bez weny i w najbliższej przyszłości właśnie takie tylko będą tu gościć zanim tego wszystkiego nie ogarnę. Listopadowa szaruga pogłębia jedynie niechęć do wszystkiego i depresję.. Pozostałym lubiącym jesień wysyłam gorące buziaki :* Zapraszam na kolejne rozdziały już za tydzień. Ciao !



sobota, 22 października 2011

"Dove stai andando?" - Rozdział 1

Czytaliśmy kiedyś w liceum lekturę - "Król Edyp". Jak mam być szczery nie rozumiałem jej  
znaczenia aż do dziś. W czasie meczu musiałem na chwilę wyjść bo zadzwonił telefon. Czy Bóg przygotował dla mnie przeznaczenie tak jak dla tamtejszego króla Teb, na które nie miał wpływu pomimo usilnych starań? Jedyne czego pragnąłem to ogłuchnąć w tamtym momencie. Pisałem, kiedyś wypracowanie na temat : " Co jest gorszą tragedią. Niewiedza Edypa o swoim pochodzeniu, czy poznanie prawdy?"


Gdybym, mógł napisać odpowiedź na tą dłuższą pracę pisemną z pewnością wolałbym inną opcję niż  wybrałem.
      - Halo?
 Zadziwiające jak parę słów może zamienić najpiękniejszą chwilę w koszmar. Przyprawić o szybsze bicie serca. Telefon upadł mi na beton w przejściu z trybun do wyjścia ze stadionu. Podniosłem go i w jednej chwili popędziłem w stronę ulicy. Ręce trzęsły mi się tak, że skasowanie biletu graniczyło z cudem. Kiedy jechałem autobusem wszyscy zebrani patrzyli na mnie jak na ćpuna. Gil leciał mi z nosa, włosy miałem potargane, oczy nieobecne. Kiedy dotarłem wreszcie do drzwi szpitala, biegałem od sali do sali próbując się czegoś dowiedzieć. Widziałem jak przez mgłę. Kiedy złapałem jakiegoś lekarza zacząłem się drzeć i szarpać go za fartuch. Byłem tak oszołomiony że nie potrafiłem racjonalnie myśleć. Wszystko było jak kiepski serial. Poczułem silny chwyt w pasie. Przestałem dosięgać podłogi. Ocknąłem się siedząc na łóżku szpitalnym. Przede mną stała jakaś pielęgniarka i lekarz.
- Dostałeś silny środek uspakajający. Może być ci słabo i mogą wystąpić mdłości. Posiedź tu chwilę.
- Co z nią?! Błagam powiedz mi czy ona żyje?!
Krzyczałem zdzierając sobie gardło. Oni stali dookoła niewzruszeni, niczym plastikowe lalki. Patrzyli na mnie z politowaniem, godnym kata, który zamierza zaraz wykonać karę śmierci na swojej ofierze. Kiedy wysoki mężczyzna kiwnął na pielęgniarkę, ta zbliżyła się do mnie i podciągając mi rękaw wbiła mi w żyłę strzykawkę z kolejną dawkę środku uspakajającego. Próbowałem się wyrwać, ale już po chwili wszystko wokoło zaczęło się rozmazywać. Nie wiedziałem ile czasu tak leżałem patrząc w biały sufit. Czułem się rozdarty i rozleniwiony. Słyszałem szybkie łomotanie mojego serca, ale jednak byłem cholernie spokojny tym co się dookoła mnie dzieje. Wstałem na miękkich nogach, ledwie się utrzymywałem.
Kiedy wyszedłem na korytarz ktoś podał mi kawę. Podniosłem wzrok i spotkałem się z 
serdecznym uśmiechem chłopaka o niesamowicie jasnych i kontrastowo ciemnych, wręcz czarnych włosach.
 - Powinna postawić cię na nogi. 
- Dzi.. dziękuję - wydukałem, zachrypniętym głosem. Spojrzałem na kawę w kubku i uświadomiłem sobie, że potwornie chce mi się pić. Pociągnąłem spory łyk. Była gorąca, mocna i gorzka. Skrzywiłem się.
- Jesteś Joshua, prawda?
- Tak. - odparłem, wciąż wpatrując się w czarny, parujący płyn. - skąd to wiesz?
- Chodzimy do jednej szkoły. - wyjaśnił. Nic nie odpowiedziałem. Na dłuższą chwilę zapadła cisza. W końcu brunet znów się odezwał: - tak w ogóle, to jestem Markus... pracuję tu jako wolontariusz.
Podniosłem na niego wzrok. Nadal uśmiechał się serdecznie. Patrząc tak na niego, zapomniałem na chwilę gdzie jestem i co się stało.
- Miło mi cię poznać, Mark....
- Cała przyjemność po mojej stronie. Lepiej usiądź, jesteś jeszcze bardzo słaby.
- Ale... ja muszę znaleźć babcię, ona...
- Spokojnie, ja się tym zajmę, powiedz mi tylko jak się nazywa.
- Tara... - wykrztusiłem, siląc się na pewny, opanowany ton. - Tara Lawson  
          - Dobrze. Poczekaj tutaj na mnie. - powiedział, po czym odszedł korytarzem i zniknął za zakrętem. Siedziałem tak, stukając palcami w oparcie krzesła. Siedziałem, i kompletnie straciłem poczucie czasu. Kawa zdążyła już ostygnąć. Opróżniłem kubek kilkoma łykami. Patrzyłem, niewidzącymi oczami na zegarek wiszący na ścianie. Wskazówki ruszały się nadzwyczaj powoli. Minęło jakieś piętnaście minut, zanim wrócił Markus. Pochylił się nade mną i zamachał ręką przed moją twarzą. 

- Halo, kolego? Nie odpływaj.
- Co z nią? - spytałem beznamiętnie.
- Mam dobre i złe wieści... - oznajmił. Serce zatrzepotało mi jak spłoszony ptak. - Twoja babcia...
- Żyje?! żyje? powiedz, że żyje!
- Byłbyś łaskaw mi nie przerwyać? - uśmiechnął się pobłażliwe - właśnie do tego zmierzam. Zdołałem się dowiedzieć jedynie że, jej stan jest stabilny.  
- Więc jakie są złe wieści? 
- Tara wymaga stałej opieki lekarza, na razie jest nieprzytomna i będzie musiała zostać w szpitalu. 
- Jak długo?  
- Kurde, nie wiem ale chłopie nie przejmuj się, będzie dobrze. 
- Ja.. - nie mogłem zapanować nad swoim głosem. Język mi się plątał. 
- Wszystkiego dowiesz się w swoim czasie. Jak na razie nie ma się co martwić na zapas. Jedź do domu. 
Chciałem, aby ten dzień nigdy w życiu nie nadszedł.. jeżeli mogłem cokolwiek dla niej zrobić było już z pewnością za późno.


****

Starałam się dodać wcześniej, ale jakiś cholerny przepraszam za wyrażenie mnie złapał i jak zwykle nie wyszło :) Cieszy mnie pojawienie się nowych obserwujących i wzrostem zainteresowania blogiem. Dziękuję Wam wszystkim i zapraszam na nowy rozdział już za tydzień w następny weekend.



niedziela, 9 października 2011

Prolog - "Dove stai andando?"

"Dove stai andando?"
                 Na imię mi Joshua, mam dwadzieścia dziewięć lat i za tydzień mam urodziny. Nie planowałem żadnej wycieczki, ani tym bardziej poszukiwania korzeni. Tak samo wyszło. Do zeszłego piątku tamtego roku wszystko było po staremu. Mieszkałem w niewielkim domku na obrzeżach miasta aniołów. Los angeles leżący w pięknej Kaliforni. Amerykanin jak się patrzy. Średniej jakości uczeń i świetny fotograf. Jak chyba każdy facet uwielbiałem football. Chodziłem z kumplami na każdy mecz. Byłem lubiany w szkole i na rejonie. Nosiłem średniej długości brązowe włosy co było raczej chwytem na dziewczyny niż moim wymysłem. Jak każdy nastolatek uwielbiałem zasuwać na deskorolce, z tą jednak różnicą że robiłem to naprawdę świetnie. Nigdy jednak nie myślałem żeby zrobić ze swoich umiejętności i zainteresować czegoś poważnego. Przecież miałem zaledwie szesnaście lat. Wtedy myśli się jedynie o zabawie i wypadach z kumplami. No nie ? Próbuje nowych specyfików, alkoholu, narkotyków no i  dziewczyn. Jednak nigdy nie szukałem stałego związku. Przecież była to jedynie zabawa.. Tamtego dnia wszystko przewróciło się do góry nogami. Był to słoneczny kwietniowy dzień, kiedy niczego się nie spodziewając jak co piątek szliśmy na mecz footballu. My znaczy ja, Jason mój najlepszy kumpel, Kevin, Britney jego dziewczyna, no i Totem zwyczajnie nazywany Michael. Byliśmy szczególnie zgraną paczką.
Znaliśmy się praktycznie od dziecka, no może bez Brit. Ona wstąpiła w nasze szeregi dużo później, właściwie to zadawała się z nami tylko przez Kevina. W sumie nawet jej nie lubiłem. Co jednak okazało się słuszne marna z niej była dziewczyna, skoro chciała zdradzić swojego chłopaka z jego przyjacielem. Macie racje byłem nim ja. Sprawiła, że pogardzałem nią jeszcze bardziej.
                   W drodze planowaliśmy moje urodziny co prawda nie okrągła 18, ale siedemnaście - też nieźle. Jak zawsze urządzeniem imprezy zajmowaliśmy się wszyscy. Każdy zrobił kawałek i powstawało coś.
Tego dnia wolałbym nie odbierać telefonu. Od dziecka wychowywała mnie babcia, rodziców w sumie praktycznie nie znałem. Nigdy nie czułem się z tego powodu zły czy smutny. Rodzicielka mojej matki była dla mnie jak moja własna. Babcia mawiała czasem, że ojca mi nie zastąpi, a ja na to odpowiadałem, że dobrze że go nie znam bo to pewnie jakiś palant i skończony sukinsyn. Zawsze wtedy uśmiechała się do mnie w ten sposób, którego nie rozumiałem i zwracała się do mnie matczynym, aczkolwiek stanowczym głosem, że takie gadanie to bluźnierstwo i że jak zrobię to jeszcze raz to nie dostanę placka z wiśniami. Wierzcie mi albo nie ale Tara to mistrzyni gotowania i pieczenia!

Tego dnia zaczynającego weekend wszystko miało być inne...
      Zaczynając od słów jakie usłyszałem w telefonie.. 




"Dove stai andando" - to po włosku  "Dokąd zmierzasz?"


* * *

To dopiero prolog, ale nie mogę się doczekać, aż  usłyszę co sądzicie. Pierwszy rozdział już zaczęłam pisać i możliwe, że już dzisiaj będzie gotowy! A tymczasem życzę miłego weekendu i zapraszam do czytania moich innych blogów.



piątek, 7 października 2011

Dropsy w szkolnej szafce - III

            Ciało wyższego chłopaka zaczęło drżeć. Kiedy spojrzał w dół na swoje ręce zauważył że trzęsą się lekko. Nie mógł ich opanować więc zacisnął w pięści i wstał gwałtownie przewracając butelkę z alkoholem.
- Mark! No wiesz co dziękuj bogu, że była zakręcona, bo inaczej byłby tu teraz niezły sajgon. Dywan śmierdziałby wódką przez tydzień! Matkoo... człowiek nie może się zupełnie zrelaksować. Może przynajmniej ten twój masaż coś zdziała. 
Brązowooki zdjął koszulkę i odrzucając ją na podłogę odwrócił się do przyjaciela patrząc ponaglająco. Blondyn widząc go takiego przełknął i odwrócił szybko wzrok. Wszystkie przedmioty w pokoju stały się nagle niezmiernie ciekawe i niesamowicie  interesujące, byle tylko nie widzieć tej gładkiej skóry.
- Mark, co z tobą? Żyjesz? Rusz tyłek bo pomyślę że się jednak wycofujesz. 
Ułożył się wygodnie na łóżku torsem do pościeli i westchnął przeciągając się zadowolony. Blondyn czuł się jak złapany we własną pułapkę, a po głowie kołatała mu się jedna myśl " Co robić?! " Sytuacja wydała się bez wyjścia. Podszedł do posłania i nadal stojąc jak sparaliżowany otworzył olejek. Po pokoju rozniosła się piękna woń wanilii tak intensywna, że mieszając się razem z zapachem ciała Lukasa stała się zabójczą dawką afrodyzjaku. Lepka ciecz spłynęła począwszy od karku powolutku przez łopatki i kręgosłup aż do skraju gdzie na szczęście, czy też nie ..znajdował się materiał spodni. Brązoowooki wydał z siebie cichy pomruk i wyginał plecy zgodnie z miejscem docierania zimnej cieczy. W uszach jego przyjaciela szumiało, a krew dudniła i gotowała się na zmianę. Przed oczami robiło mu się jasno. W ustach brakowało śliny. Błagał o pomoc, oczami wyobraźni widział już najgorsze zakończenia dzisiejszego pobytu w swoim domu Lukasa. I mimo że normalnie uwielbiał jego towarzystwo, teraz nie pragnął niczego innego tak bardzo, jak właśnie tego żeby chłopak zniknął
- Może najpierw chcesz coś zjeść? - Próbował ostatniej deski ratunku, jednak niższy młodzieniec nie zamierzał mu niczego ułatwiać.
- Nie, dzisiaj już raczej nic nie zjem. Zacznij w końcu mnie masować bo robi mi się powoli zimno.
- Czemu nie zjesz? Pomyślałem, że moglibyśmy masaż przełożyć na później.
- Muszę dbać o formę! - Powiedział z zacięciem. - A teraz do dzieła mistrzu, spraw żebym się rozluźnił, albo obalę twoją teorię. - Uśmiechnął się i poprawił się na łóżku.
Gorące, niepewne dłonie Mark'a nieśmiało dotknęły karku swojego gościa. Nie czuł w tym dotyku nic złego. Nie raz Lukas złapał go w podobny sposób gdy się siłowali dla zabawy. Ta myśl nieco go rozluźniła i sprawiła że uwierzył w resztki swojej normalności. Po chwili już pewniej masował jego łopatki schodząc coraz niżej. Kiedy czerwona lampeczka w jego głowie zaświeciła się z powrotem Lukas mruczał zadowolony z dotyku tych dłoni. Mark zauważył za to że na plecy tuż pod nim skapuje jakaś czerwona ciecz.
- Co to?! - Prawie krzyknął do siebie.
 Ciemnowłosy odwrócił się i zareagował bardzo szybko pociągając chłopaka za rękę do łazienki.
- Krwotok z nosa? Co się stało?
- Nie mam pojęcia do tond nie zdarzało mi się to.
- Może jesteś głodny i to tak z osłabienia? Stary za dużo trenujesz. Musisz powiedzieć o tym ojcu. Jest lekarzem na pewno coś z tym zrobi.
- Nie! Mój ojciec nie powinien o niczym wiedzieć! To znaczy, nie ma potrzeby żeby go tylko niepotrzebnie martwić. Masz rację to zapewne dlatego że dzisiaj nic od rana nie jadłem.
Kłamstwo przyszło mu łatwo i Lukas nawet się na to nabrał, gdyby tylko nie jego dociekliwy wzrok na szybką reakcję na wzmiankę o ojcu. Jego myśli od razu skierowały się na tamten tor. Na szczęście nie w tym kierunku co trzeba. Zastanawiał się czy chłopak może mieć jakieś problemy w domu. Co prawda uważał jego ojca za uczciwego i dobrego człowieka, ale pozory przecież mylą.
- Powinie..Powinieneś już iść.
 ***
  Nowy rozdział jak obiecałam postarałam się dodać dużo szybciej niż poprzedni. A więc liczę na słowa otuchy i krytyki, a kolejny rozdział już wkrótce. 

Popularne rozdziały